Autor Wątek: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...  (Przeczytany 663 razy)

  • Bart00

  • Gość
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #15 dnia: Październik 10, 2012, 20:44:44 »
0
Mmefisto, chwala Ci za to co napisales. Ja sam jestem przykladem takiej toksycznej milosci. I chyba dalej mam zryta psyche przez ta dziewczyne, po mimo ze po tej milosci bylem w dwoch innych zwiazkach. Zreszta kiedys opisywalem owa telenowele.   
 
Lucjusz, dobrze sie zastanow czy warto, bo jak cos sie nagle sypnie, to  bedzie to nieporownywalnie  wieksze niz to, co masz teraz.

  • Obserwator
  • Reputacja: +6
  • Wiadomości: 8
  • Miejsce pobytu: Północ
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #16 dnia: Lipiec 21, 2017, 22:44:05 »
+1
Prawie 5 lat temu... jak to wszystko przeczytałem. Wspaniałe :). Świetny gość ten Lucjusz, młody jeszcze pełen entuzjazmu. Trochę dostanie po dupie, trochę poczuje co to znaczy mieć pecha. Jednak to będzie ułamek, a jego spostrzeżenia co do "wiecznego farta" się nie zmienią. Fascynacja niektórymi osobami i relacje z takowymi ulegną dużej zmianie, okaże się, że rozwijając siebie potrafimy zranić samym tym faktem innych... i trzeba będzie to tolerować, a finalnie zaakceptować. Choć ciężko mu to przyjdzie, bo kocha ludzi tak po prostu. Całe szczęście to co wpoiła mu kochająca rodzina: wartości, twardy kręgosłup moralny. To przysporzy mu wiele pozytywnych relacji, będzie budził duże zaufanie wśród ludzi, a z czasem wśród osób robiących z nim interesy. I to duże, bo pełne zaangażowanie kierunkowi jakiemu się oddał (zdrowie, żywienie, sport) poskutkuje pozycją prawej ręki w pierwszej firmie (już składającej się z 8 a nie 3 osób), a następnie pozycji lidera w regionie, w kwestiach prowadzenia dietetycznego sportowców i ludzi aktywnych. Z czasem znajdzie też w sobie siłę na rozwój swojego biznesu, i założy firmę która już w pierwszym roku przyniesie znaczące zyski, i na wcześniejsze szczęście zarobkowe spojrzy z wielkim sentymentem (w porównaniu miał tak niewiele, a był szczęśliwszy). Widać też, że jego pasja nie minie, przypieczętuje to dostając się do finału ogólnopolskich zawodów w kulturystyce w jednej z najcięższych kategorii wagowych.
I mimo tych 5 wspaniałych lat przebytych przez życie jak czołg, z chłopaczka wywodzącego się z wioski co start "na swoim" zaczął wieku 19 lat i kredytem 800zł... do znanego sportowca i biznesmena, z kilkunastotysięczną wypłatą miesięcznie... czuję, że coś zepsułem.

Zepsułem sam siebie, żyjąc z kobietą która zniszczyła mnie doszczętnie. Do tego stopnia, że miłość pozostała we mnie rani osoby z boku, które chcą mi pomóc. Wiecie dlaczego uciekłem z forum ZyjWięcej? Bo wasze słowa były PRAWDĄ, po prostu uciekłem! "Bez sensu, nie mogę słuchać się internetowych GURU, poradzę sobie sam". Poradziłem tak, że moje życie pod kątem uczuć i emocji wyjałowiłem do ZERA. Aby opisać 5 lat życia z moją byłą narzeczoną, należałoby wezwać kilku psychologów. Serio. Raczej moglibyście tego nie wytrzymać.
Tak bardzo ją kochałem, że zacząłem już nic nie zauważać, a problemy opisane te kilka lat temu (tutaj) tylko się pogłębiły. Do kotła dorzucić można jeszcze, już stały kontakt z alkoholem, fascynacje seksualne które w pewnym momencie przekroczyły mój próg "akceptacji" (jednak aprobowałem z serii "nie chcę Cię blokować, spróbujmy, bądź szczęśliwa będąc sobą). Poświęcałem się z miesiąca na kolejny miesiąc. Przyszło też prawdziwe życie, jej pierwsza praca i pierwsze prawdziwe problemy... nie potrafiła się w nich opanować, z początku histeryzując i popadając w stany złamani z różnych błahych powodów, następnie przekuła to na olbrzymią agresję i wyrzuty w moim kierunku (za mało mi pomagasz, nie wspierasz mnie). Jak "pipa" jeszcze mówiłem: rzuć tą pracę, zbytnio Cię stresuje, olej to, znajdziemy Ci coś innego... wtedy słuchałem zarzutów, że uważam ją "że się nie nadaje". To była roczna plątanina emocji, gdzie ciągle cierpiałem.

Forum zawsze pozwalało rozgrzeszyć... więc i ja się wyspowiadam. Totalnie wypłukany z emocji i pozytywnych odczuć miłości, szukałem kontaktu z innymi kobietami. Nie chciałem zdradzać, po prostu brakowało mi uczuć. Kiedy to na kolejnym wspólnym wypadzie moja narzeczona spita w sztok, znów nakręcając się negatywnie odmówiła mi wspólnej zabawy, olałem ją świetnie bawiąc się z koleżankami. I wtedy to od całkiem obcej dziewczyny, którą znaliśmy raptem "z kilku spotkań", usłyszałem: "Łukasz jesteś wspaniały, z chęci bym się z Tobą przespała, ale jesteś z nią i tego nie zrobię. Pamiętaj, że się przy niej marnujesz". Obca w sumie kobieta, takie słowa. Byliśmy trzeźwi, i to przelało czarę. Kolejne tygodnie były udręką, marazmem życiowym i walką z samym sobą. Znienawidziłem moją narzeczoną, przestałem adorować, całkowicie odpuściłem. Byłem nijaki, nie chciałem się z nią kochać. Nie zauważyła tego, żyjąc w amoku beztroskiego życia przy moim boku. Tak bardzo chciałem, aby powalczyła, zapytała. Niestety nic, a mój stan przerodził się już w wewnętrzną depresję. Tak bardzo żałuję...

Rozstawałem się z nią trzykrotnie, zawsze to ja zostawiałem, ona z łzami przepraszała, ja wybaczałem. Tym razem zrobiłem coś innego, i najgorzej: jakbym nic nie pamiętał. Byłem tak smutnym człowiekiem, że automatycznie zrobiłem wszystko aby zerwać z nią więź psychiczną. Uwierzcie, zacząłem spotykać się z innego kobietą nic do niej ie czując, żadnych emocji, żadnego podniecenia. Byłem całkowicie wyjałowiony, i jakby wewnętrznie coś mną kierowało. Ta druga osoba okazała się BARDZO wartościowa, i to ciepło co mi dała przyciągało mimo, że go nie czułem: szedłem za nim. To trwało kilka dni, w końcu spotkałem się z nią i spędziłem noc. Nie zrobiłem tego z faktu podniecenia, chęci zdrady. Osobiście nie pamiętam tego momentu w życiu. Tej nocy, zdecydowałem, że to koniec. Przedstawiłem wszystko mojej byłej narzeczonej (cholera: Z NADZIEJĄ, ŻE TO ONA MNIE PORZUCI!), i ta mi wybaczyła po 3 minutach. Załamałem się, uświadomiłem w jakie bagno wpakowałem i jak wiele lat straciłem. Patrząc jak płaczę, kiedy to ja oznajmiam, że kończę nasz związek czułem tylko zmęczenie i chęć oddechu. Zero emocji... a kawa spożyta kolejnego dnia samemu była dla mnie czymś co spowodowało, że się ucieszyłem "sam do siebie".

A teraz? Kolejne miesiące to była walka ze sobą, i olbrzymim żalem jaki miałem do siebie, że nie potrafiłem tego zakończyć inaczej. Mimo, że zapewniłem jej start w życiu po naszym rozstaniu zabezpieczając ją finansowo na kilka lat w przód... to co zrobiłem, to było straszne. Przepraszałem ją wielokrotnie za to, a siebie karałem i rugałem. I z dnia na dzień coraz mocniej, bo pamięć zaczęła wyrzucać złe chwile, pozostawiając tylko te dobre.

Teraz jestem w rozterce życiowej. nie czuje szczęścia, nie potrafię się pogodzić z faktem, że nie utrzymujemy kontaktu ze sobą tak po prostu sie odezwać. W trakcie tych 5 lat była też moją przyjaciółką... Razem podbijaliśmy świat wspierając się wzajemnie. To co nasz zniszczyło to jej przeszłość, podobne eksplozywne charaktery, mój brak postawienia na swoim w momencie kiedy się psuło. Najbardziej boli myśl, że zraniłem ją i mimo 5 lat bycia i życia razem to się po prostu rozpadło. Tak po prostu, nie znaczy teraz nic. Wracając do pierwszego wstępu: dalej ją kocham, i wiem, że to po prostu jest uzależnienie od trucizny. Nie możemy żyć razem, bo wspólnie się niszczymy. Aktualnie mam u boku świetną osóbkę, której należą się szczerze uczucia, a nie są takie do końca bo rozdzielone: pomiędzy nadzieję na piękną przyszłość z nią w dobroci i miłości, a przeszłością i nostalgią za wspomnieniem.

Teraz pytanie: jak znów być szczęśliwym?

  • Obserwator
  • Reputacja: +6
  • Wiadomości: 8
  • Miejsce pobytu: Północ
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #17 dnia: Lipiec 22, 2017, 11:36:25 »
+1
Wiecie co jest w życiu najmniej obliczalne? Los.
Jak za zaklęciem, po tym wpisie dostaję telefon od mojej byłej, z pytaniem z serii: „Przepraszam, że zawracam głowę ale czy nie zostawiła u mnie tego i tego”. Serio, po pół roku braku kontaktu, po pół roku nie zamienienia ze sobą więcej niż 2 zdań. Tak po prostu dzwoni. Czułem w niej tą potrzebę rozmowy, ten ton. Znam go na wylot. Znam ją na wylot. Wiem, że stara sobie ułożyć życie, choć robi to bardzo nie poradnie, tak jak zawsze: bawi się. Totalnie beztroska, totalnie poza tym co się dzieję „jestem silna, bawmy się”. W środku załamana i smutna, stara się sklejać posypane kawałki życia. Oparła je całe na mnie, dopuściłem do tego dając olbrzymie poczucie bezpieczeństwa. Dziwne, że uznała to za „czynnik stały”, nie wykazując chęci zrozumienia mnie i moich poglądów co do życia. W sumie, co ja się dziwie: 4 lata temu już pisałem, że dawałem jej tak wiele, a ona mi nic. Przyzwyczaiła się, w końcu i tak BYŁEM.

Oj ganiam za wizją, dopisuję sobie do tego historię zupełnie innej treści niż ta która przeżyłem. Zapominam i zacieram złe wspomnienia, zostają dobre. Przezywam fakt, że ta dziewczyna cierpi, zapominając, że i ja cierpiałem te wszystkie lata. Udręczam się nie dopuszczając do serca skarbu obok, blokując swoje szczęście.

Nie wiem jeszcze jak to rozegram, wiem jedno brakuje mi szczerej ostatniej rozmowy, ostatnie nasze dni były falą żalu, załamania i gniewu. Nic nie było w pełni szczere i w pełni oddane. Chciałbym teraz wszystko jej powiedzieć, tak jak tu. Może stąd ten telefon, szansa na szczerość? Aby mieć tą pewność, że jest między nami nić zrozumienia. Choć mała. Może tak będzie mi łatwiej? Może i tak będzie jej łatwiej? Byłbym szczęśliwszy gdybym wiedział, że już sobie z tym wszystkim poradziła. 5 lat wspólnej historii, nie mam zamiaru tego odrzucać.
Los to przewrotny zwyrodnialec.

  • Obserwator
  • Reputacja: +6
  • Wiadomości: 8
  • Miejsce pobytu: Północ
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #18 dnia: Lipiec 22, 2017, 17:55:20 »
+1
Chciałem dodać jeszcze jedną rzecz w kwestii rozwoju. Szczególnie przekazać wielkie podziękowania bractwu jak i samej postawie Smielra. Tamte lata, kiedy kształtowało się we mnie moje "ja", dzięki Wam wyprowadziły mnie na prostą. Najpierw forum sz-u, potem projekt Smilera, Uncel... Nie miałem z Wami kontaktu (a dokładniej z Waszą "pracą") od wielu lat, ale najważniejsze kwestie wyryte w głowie dały mi szansę stać się kimś, kim chciałem. Jeszcze wiele przede mną i ciągle się rozwijam, nie spoczywam na laurach. Nawet ta sytuacja opisana z wyżej, jest jedną z największych rzeczy w moim życiu, podjętą wraz z ciągłym przytaczaniem sobie (znanych wam ;)) cytatów:
-> Podjąłeś najlepszą decyzję dla siebie, widocznie tak potrzebowałeś
-> To ty jesteś prezentem dla tej drugiej osoby, staraj się być lepszy wraz z nią, nie lepszy dla niej
-> Podejmuj decyzję, brnij do przodu, każdą porażkę przekuwaj w "naukę" i brnij dalej
-> Bądź samcem alfa, życie jest dla Ciebie, przeżyj je tak jak Ty chcesz. Nie krzywdź, ale i nie daj się krzywdzić

W tamtych latach zanim tu trafiłem, byłem zbyt słaby aby to czuć. Przez 5 lat ciągłych działań w rozwoju spełniam swoje marzenia. Dzięki Wam! I te duże i te małe :).
-> Zwiedzam świat i piękne miejsca (niedługo zaliczę poznanie wszystkich krajów Bałkańskich :) przepiękne miejsca).
-> Zacząłem budowę domu :), własnego miejsca o którym marzę od wielu lat. Fundusze zbierałem cały ten czas, bo postanowiłem sobie 5 lat temu: zbuduję dom, i oszczędziłem :) bez żadnych kredytów. Taras, kawa z samego rana, a widok na las i połacie pustych łąk. Działka i miejsce jest, teraz walczę z formalnościami. Projekt też wybrałem :).
-> W przyszłym roku czeka mnie ponowna walka o najwyższe podium, w tym roku na ogólnopolskich zwodach otarłem się o podium, czas w końcu wygrywać! :).
-> W końcu zdecydowałem się na zmianę auta na takie jedno z wymarzonych. Jest to spełnienie marzenia jeszcze z czasów szkoły średniej. Odwlekło się w czasie i już tak nie radowało :), ale mogę odhaczyć na liście "rzeczy które sobie obiecałem".
-> Moja własno założona firma ma już 5 pracowników, obsługujemy kilka większych miast, rekordowo obsługiwaliśmy ponad setkę klientów. Trzymam mocno kciuki za ten projekt, bo 2 lata temu, zaczynałem od 12 zamówień :D, i sam wszystko po godzinach "dłubałem".
-> Pod opieką mam dziesiątki ludzi którzy 95% osiągają ze mną swoje wymarzone osiągi sportowe od medali, po wygrane walki zawodowe i po prostu świetne sylwetki.

Jest tego tak wiele, jak sobie punktuje teraz w tej głowie. I to wszystko z Waszą pomocą! Wiecie, było MEGA ciężko czasami. Stres potrafił zbijać, przy pierwszych kontrolach firmy, przy pierwszych porażkach. Z czasem troszkę się człowiek uodpornił, trochę zrobił bardziej poważny i asertywny. Może i zgorzkniał :) ale tylko w biznesowych aspektach. W domu jestem dalej tym samym pogodnym gościem co nie lubi życia "na poważnie" :).

Teraz pozostaje do tych podpunktów dorzucić:

-> Znaleźć osobę która pokocha mnie na ten sam sposób co ja ją. Nie oczekuję wiele, po prostu zależy mi aby ta druga storna chciała iść przez życie obok mnie, nie przede mną, nie za mną: obok.

I wiecie co? Tak naprawdę już ktoś taki w moim życiu się pojawił. Muszę tylko uporać się z swoim drobnym skrawkiem przeszłości, pogodzić z tym wszystkim i iść dalej do przodu, pełny nadziei nie żalu :).
« Ostatnia zmiana: Lipiec 22, 2017, 17:59:06 wysłana przez Lucjusz »

  • Obserwator
  • Reputacja: +6
  • Wiadomości: 8
  • Miejsce pobytu: Północ
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #19 dnia: Lipiec 24, 2017, 14:19:37 »
+1
I po spotkaniu...
Nie bolało jak przypadkowe kiedyś, świeżo po rozstaniu.
Byłem szczery w tej rozmowie powiedziałem wszystko to co przemyślałem o swoim życiu, o naszych decyzjach. Powiedziałem co wprawiło mnie w tą decyzję, co wprawiło mnie w niemoc tamtego dnia. W sumie obydwoje jesteśmy tego samego zdania. Jesteśmy w wspólnym nieszczęściu braku podjęcia decyzji te kilka lat temu, ostatecznej. Ciągłe powroty sprawiały, że akceptowaliśmy coraz więcej naszych wad, tylko po to aby nie powtarzać "złych uczuć".  W końcu cały ten syf był już nie do wytrzymania, i tym razem pękłem ja podejmując najgorszą decyzję w życiu.
Zdrada boli jak jasna cholera i mimo tego, że sercem z nią nie byłem już od wielu tygodni i mimo tego, że nie trwałem w tej zdradzie dłużej jak jeden dzień, rozstając się z nią w tym samym czasie: Żałuję. Żałuję, że wprawiłem ją choć na kilka minut w ten stan. Będę jeszcze długo dźwigał ten krzyż, ale udźwignę go bo wiem też w jakiej niedoli żyłem.
A ona? Ucieka, zbyt dużo jej o mnie przypomina, podjęła szalone kroki wyjazdu z kraju. Poprosiła aby to było nasze ostatnie spotkanie i na tym zakończyć naszą znajomość. I w moich oczach i w niej było widać, że to mocno boli, takie słowa. Związała się z człowiekiem którego znam, i raczej ni uważałbym, że przyciągnie on ją do siebie.  Szczerze, to uważałem go za totalnego pajaca przez wiele lat i ona o tym wiedziała (typ Seby z BMW, koniecznie chcący się pokazać). Trochę się zdziwiłem, ale i trochę dało mi to do myślenia, i a nóż widelec jest dla niej lepszy ode mnie? :)
Wątpię, ale to już nie moje życie. Kurczę trochę mnie smuci to wszystko, fakt, że pewnie przez kolejne lata nie będzie dane nam się spotkać i już normalnie porozmawiać. Może to głupie, ale mimo tego, że mam świadomość jak toksyczne życie wiodłem, były w tym życiu momenty które zapamiętam, a fakt, że to była pierwsza prawdziwa miłość zostanie ze mną zapewne na zawsze. Będę coś do niej czuł, a ona do mnie jeszcze przez wiele lat, a może i do końca życia. W niej widziałem to samo, ta łza w oku nie wzięła się znikąd.

Ale czas iść dalej, postawić sobie kolejne życiowe cele i przede wszystkim nie popełniać starych błędów z poprzedniego związku. Jakie cele na ten moment?

-> Rozwijać się w nowym związku, z osobą która tolerowała to wszystko co się działa wkoło mnie i we mnie.
-> Odwiedzić kolejne kraje bałkańskie tym razem 2 tygodniowy "Trip" po Chorwacji :) od góry do dołu :). Start w wrześniu.
-> Dokończyć całą papirologie z budowa domu, a nóż widelce już w tym roku zacznę budowę :)
-> Wytrzymać do sezonu sprzedażowego w firmie, odpowiednio inwestując zarobione $.
-> Zapomnieć o przeszłości, i spoglądać na nią z szczęściem w sercu i nadzieją na jeszcze lepszą przyszłość...

  • Obserwator
  • Reputacja: +6
  • Wiadomości: 8
  • Miejsce pobytu: Północ
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #20 dnia: Lipiec 25, 2017, 15:54:50 »
0
Mała dygresja:
Mam nadzieję, że nie zostanie zamknięty mój dziennik, odezwę się za 2-3 tygodnie bo w sumie codzienne zapisywanie swoich przemyśleń jest dość... natarczywe :D. Z wielką chęcią tutaj zostanę jak będzie mi dane, i podzielę się swoim życiem z Wami, może kogoś zainspiruję lub zmotywuję do działania. Choć jak widać sam mam problemy, to czasami coś tam potrafię podpowiedzieć dobrego ;).

W takim razie: za kilkanaście dni podsumowanie swojego rozwoju w tym życiowym padole. Plany zawsze miałem wielkie, więc będę nadal brnął przez życie :). Co do sytuacji opisywanej przez kilka dni, powoli się ze wszystkim godzę, ale boli nadal, a spotkanie wczorajsze trochę rozdrapało tą ranę. Jednak "show must go on". Do usłyszenia!

  • Obserwator
  • Reputacja: +6
  • Wiadomości: 8
  • Miejsce pobytu: Północ
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #21 dnia: Lipiec 31, 2017, 18:02:12 »
0
Kolejne dni mijają, przełamałem kilka niedociągnięć życiowych i kwestii rozwojowych:

-> Wyciągam firmę z marazmu, wakacyjne miesiące dla moje branży są mega ciężkie, ale działania promocyjne, nowe inwestycje (całkowicie modernizacja strony WWW, promocje) postawiły ponownie nas na nogi. Wracamy do gry :)

-> Mimo tego, nie zarobię za wiele, bo kilkanaście tysięcy pójdzie na leasingi i opląty ubezpieczeń (!!! ale wzrosło to gówno, za młody jestem na jakieś duże zniżki, a zeszłoroczna stłuczka mnie nie poratowała... a tu 3 auta "dostawcze" do ubezpieczenia.

-> Moi pracownicy są bardzo zadowoleni z swoich stanowisk pracy i atmosfery w firmie (podsłuchane przez przypadek więc nie było to pucowanie się :)). Zadowala mnie ten fakt, szczególnie, że musiałem im trochę nosa utrzeć bo przegięli z dwa razy za mocno, i działali na swoją korzyść, ale nie korzyść firmy bez mojej wiedzy (wiadomo, kombinowanie o by tu trochę się "nie narobić" :)).

-> Mój szef chyba jest zadowolony z moich działań kierowniczych, dajemy z siebie dość dużo. Zamknąłem nowy projekt, który może przyciągnąć większą uwagę kupujących. Zobaczymy, projekt obecnie raczkuje i ma wiele niedociągnięć, ale chyba zagra, jak go zmodernizuję :).

-> Treningowo full opcja, z moją aktualna dziewczyna mocno się zawzięliśmy, a że moje aktualne cele są dość proste: Ważyć 108kg, to i zasady są proste: dźwigać coraz więcej i jeść coraz więcej. Dziś z rana 100,2kg. Więc trochę na plusie :). Zobaczymy co dalej.

To pozytywy, teraz negatywy:

Dalej jestem rozdarty pomiędzy szczęściem, a nieszczęściem. Postanowiłem jakość działać, bo naprawdę daleko mi do pozytywnego odbioru świata. Najbardziej boli:
a) fakt rozpadu 5 letniego związku, był jaki był, ale jednak padł i jak już wspomniałem: przyzwyczajenie i uzależnienie swoje zrobiło. Zjebałem po całości sposób w jaki się rozstaliśmy, te pół roku temu i strasznie żałuję.
b) przez to nie jestem szczery w aktualnym związku, bo uczucie zamiast móc w pełni rozkwitać jest tłumione przez żal i poczucie winny.

Postanowiłem, że muszę przekazać mojej byłej narzeczonej wszystko to co miałem w głowie. Nie mieliśmy nigdy szansy porozmawiać tak po ludzku od momentu rozstania, za dużo emocji nawet w trakcie tych ostatnich spotkań żeby powiedzieć to co człowiek myśli. Nałożyło się wtedy wiele spraw które nie pozwoliły nam na to. Więc napisałem do niej wszystko to co leżało mi na sercu, i zrobiłem małą spowiedź wobec tego co zaistniało. Wyznałem wszystkie swoje grzechy, jak i uczucia jakie mną kierowały, gdzie uważam, że ja popełniłem błędy, gdzie ona. Chciałem żeby wiedziała jak bardzo to wszystko było złożone, że żałuję tego czego zrobiłem i w jaki sposób. Uznałem to za swego rodzaju pewną formę terapii, wiedząc, że może to wywołać różne konsekwencje. Jak skończyło się finalnie? Dość boleśnie, po moim liście skontaktowała się ze mną przy swoim aktualnym partnerze. Potraktowała oschle i dość prześmiewczo. Słyszałem jego podśmiewanie w tle. Nie zareagowałem na to jakoś emocjonalnie, wiedziałem o co chodzi. 2h później oddzwoniła, już innym tonem, już z innymi słowami. Jednak nadal prosiła o brak kontaktu, że stara się posklejać sobie życie. Myślała, że staram sobie w ten sposób zabić sumienie, za to co zrobiłem. Po części miała rację, po części było to jednak nadal uczucie do niej i za pewne element tego uzależnienia. Szalone i bezsensowe... ale pomogło. W tym momencie rzeczywiście odpuszczę kontakt, poprosiła o to całkowicie, uszanuję to w 100%. Wiem też, że dowiedziała się wszystkiego o mnie i tym co się ze mną działo w tych miesiącach ostatnich naszego wspólnego życia. Było to dla mnie bardzo ważne, szkoda, że los nie pozwolił nam wydać z siebie tych słów i zdań świeżo po rozejściu się, że tak długo musieliśmy w sobie to dusić. Ważne jednak, że każde z nas powiedział to co chciał.

I wiecie co? Przychodzą mi do głowy myśli, żeby walnąć to wszystko i pójść za głosem serca, pobiec za nią zatrzymać i powiedzieć, że to wszystko nie prawda, że musimy żyć razem. Wiem, że ona też by tego chciała i zgodziłaby się od razu...
Jest też jeszcze rozsądek i doświadczenie, i to mi mówi, że jest to bicie serca dla heroiny, ostatnie tchnienie tych metabolitów w moim ciele, kuszące nas do kolejnej działki narkotyku. Przeświadczenie, że czulilibyśmy się wspaniale, przykryte jest wewnętrzną walką z samym sobą. Wygrywa przeczucie i intuicja, że jest to złe i poprowadzi mnie w złą stronę. Instynkt samozachowawczy...

Cytuj
Do czego zmierzam? A do tego, żebyś poważnie się zastanowił nad odejściem od niej, nie warto jest w to brnąć.
Sorry stary ale zniszczysz sobie tym wszystkim psychikę.

Miałeś rację 5 lat temu, ta relacja zniszczyła mi psychikę... ehhh
« Ostatnia zmiana: Lipiec 31, 2017, 18:04:57 wysłana przez Lucjusz »

  • Obserwator
  • Reputacja: +6
  • Wiadomości: 8
  • Miejsce pobytu: Północ
Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
« Odpowiedź #22 dnia: Sierpień 19, 2017, 12:30:54 »
+1
Mija pół roku od rozstania, i... minęło. Ciężkie to były miesiące. Ale czego się spodziewać, człowiek całkowicie zdewastowany przez relację z kobietą alkoholiczką, uzależnionej od relacji z matką: alkoholiczką. Zawsze wyobrażamy sobie alkoholika, jako tego menela spod hipermarketu... alkoholizm to choroba codzienności. Fakt, braku zrozumienia, że jest to trucizna, brak blokady przed wypiciem "piwka" na wieczór bez poczucia lekkiej winy. Fakt braku zahamowań na zakrapianych imprezach urodzinowy/weselnych/rodzinny. Niby impreza, niby można, ale szacunek do siebie trzeba mieć... alkoholik takowego nie ma.

Żyłem z alkoholiczką przez 5 lat, i żałuję. Zmarnowany czas. Wyciągnąłbym ją z tego, teraz, w wieku 25 lat. Albo i za kilka lat, gdyby los nas złączył w innym momencie. Wtedy jako młodzi ludzie, ba gówniarze po 18 lat. Skąd miałem wiedzieć co to za choroba i jak zniszczy nasze relacje? Do wora dorzucić matkę alkoholiczkę, która zawsze psuła wszystko co wypracowałem z moją byłą kobietą i nic nie dały wizyty w grupach, u psychologa. Nic, bo wypracowany kroczek do przodu, zawsze był zamazywany przez uzależnienie od matki, matki która wolała "wypić" z córką niż porozmawiać o problemie braku męża przy sobie, braku poszanowania w rodzinie i ojcu alkoholiku (jak widać wielopokoleniowy problem tej rodziny). Co ja 18'latek miałem zrobić? Co mogłem zrobić? To była dopiero mocna lekcja życia. Po dwóch latach, będąc jeszcze w szkole średniej byłem głową "rodziny", utrzymywałem ją i walczyłem. Wywalczyłem terapie w grupach "dzieci alkoholików", terapie u psychologa, zrozumienie problemu u mojej byłej. Zasiałem w tak młodym rozumie nasiono wyjścia z syfu jakim było jej życie. Sport, pasja, rozwój... trwało chwilę, bo SZMATA (piszę to z całą świadomością), niewychowana SZMATA ("opuszczona" przez własna matką w wieku 16 lat) jaką była jej matka zniszczyła wszystko ponownie wpływając na jej psychikę, ponownie ukazując pokręcony wzorzec matki, ponownie namawiając do alkoholu.

I znów słyszałem, że "mogę się napić po całym ciężkim dniu, należy się mi to tylko piwo/wino/jeden drink".

Pojebane. Całe szczęście już za mną. I żeby nie wybielać siebie: też zepsułem. Zepsułem siebie i zatraciłem w tym wszystkim. Odpuściłem walkę, uznałem za standardowe. Zostałem przemaglowany i przerobiony na ICH kopyto, chore relacje z matką akceptowałem, chore motywy z alkoholem zaakceptowałem, chore relacje partnerskie zaakceptowałem... JAK PIZDA! I na koniec zachowałem się właśnie jak ta pizda... A nigdy taki nie byłem, i czas o tym zapomnieć.

Żegnaj moja pierwsza miłości, smutek mnie ogarnia i żal do świata i losu: nie Ty byłaś winna temu co się stało. Tylko wszystko to co się wydarzyło przed Twoim urodzeniem i po nim, jak zostałaś wychowana i w jakim środowisku. Walczyłem tak długo, ale nie dałem rady. Szkoda, bo wiem jak wiele dobrego w Tobie jest. Modlę się codziennie za Ciebie, i za to abyś miała szansę znaleźć u boku kogoś kto będzie znacznie silniejszy niż  ja i pokażę Ci co to znaczy ŻYCIE. Nie stań się klonem swojej matki, babki, które miłość przełożyły nad inne wartości tj. zabawa i nałogi. Wierzę w Ciebie i trzymam za Ciebie kciuki!

Jestem mężczyzna, jestem prawdziwą głową rodziny i podporą w tych ciężkich czasach, jak i tym punktem który daje bezpieczeństwo w momentach dobrych. Mam mieć twarde serce i głowę, potrafiąc i chcąc walczyć o dobro moich bliskich którzy chcą dla mnie tego samego.

I tak tym sposobem czas opisać co mnie spotkało, a spotkało mnie niewyobrażalne szczęście! Droga aby je poznać, była bardzo ciężka: ale warto było. Kobieta z którą żyję, daje mi tyle szczęścia. Nawet teraz jak o niej myślę, wiem, że to ta jedyna. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, ale wiem, że trafiłem na drugą połowę. Ona jest IDENTYCZNA jak ja :). Te same zakręcenie, zapominalstwo, stosunek do świata, rodziny. Te same pasje i ambicje. Wiecie co? To będzie dopiero miłość!

Jak ślepy i straszny byłem dla niej, kiedy to patrzyła na mój smutek i wiedziała, że to nie ona go spowodowała. Jej waleczność o mnie: walczyła jak lew, i  wywalczyła. Pewna siebie i nie ugięta. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Widocznie tak miało być i tak jak napisał Smiler: Życie dało mi lekcję, po to abym mógł docenić ten skarb jaki jest u mojego boku.

Nie idealizuję jej, widzę jej wady, ale tak jak wspominałem są tak podobne do mnie... tak bardzo bliźniacze: jak miałbym nie akceptować samego, siebie? :) Jak teraz spojrzę z boku na to co się stało, serio zaczynam wierzyć w przeznaczenie. Jak po nitce doprowadziło mnie ono do niej i czuję, że miało tak być. Czas skończyć te wywody o przeszłości, zaakceptować ją i powiedzieć "żegnaj", znacznie więcej powinno się w tym wszystkim znaleźć tej kobiety. Aż mi wstyd, że w żalu i smutku nie dostrzegałem tak silniej podpory jaką była ona... Ale z drugiej strony: to jest tak schematyczne i często spotykane. Dosyć już torturowania siebie, człowiek z natury jest słaby, i musi ze sobą ciągle pracować. Zachowałem się po rozstaniu jak większość, dobrze jednak ze to zauważam i schowam do szafy: "błędów których więcej nie popełnię".

KONIEC WYWODÓW :) Czas podsumowań:

-> Rodzinne
Trochę do przodu w kwestiach akceptacji mojej nowej partnerki wśród rodziców. Powoli stają się bardziej otwarci. Nie ma co się dziwić, trochę się sparzyli. Mimo tego, że nie uważali mojej poprzedniej partnerki za dobrą po tylu latach się z nią zżyli. Co prawda przy rozstaniu matka skwitowała to (nie do mnie osobiście) "wyjdzie mu to na dobre", jednak lata robią swoje.
Cieszę się z ich aktualnego nastawienia, zaczynają zauważać jaka jest i jak dobra jest dla mnie moja aktualna miłość, a jej "lekka" skrytość wynika z skromności, a nie niechęci :). Cele jakie sobie stawiam w tym zakresie:
  • 1. Wzmocnić relację moich rodziców ze mną i moją kobietą.
    2. Wzmocnić relację z siostrą poprzez wspólny wyjazd urlopowy (zależy mi też aby polubiły się nawzajem co chyba już doszło do skutku :)).

-> Życiowo
Jak już pisałem, czas ruszyć do przodu. Z kobietą u boku, nie która ciągnie mnie w tył. Plany mamy proste: żyć i się rozwijać. Na sierpień i wrzesień szykuję:
  • 1. Urlop i spędzenie 2 tygodni bez stresu i obowiązków odcinając się w 90% od firm które prowadzę (mam świetne ekipy na zakładach, poradzą sobie z menagerką :)).
    2. W tym okresie chciałbym już mieć papiery złożone o podzielenie działki i skierowaną sprawę o jej przepisanie na mnie osobiście. To będzie pierwszy krok do budowy domu, kolejny załatwienie formalności z przyłączami.

-> Biznesowo
  • 1. W własnej firmie chciałbym poczłapać do połowy września, i dopiero od tego momentu ruszyć z przytupem. Zgra się to z powrotem sezonu sportowego i nawrotu aktywności wśród społeczeństwa (więc dla nas najbardziej dochodowy czas). Działania jakie podejmę w okresie od połowy września to nowe punkty współpracujące ze mną [2 nowe siłownie w dwóch miastach] oraz danie kopa w dupę aktualnym sponsorowanym sportowcom aby mocniej w tym okresie promowały firmę bo widać, że wpadli w podobny marazm do mojego (ale wybaczam, sam odliczam dni do urlopu :D). Tutaj chciałbym finansowo kręcić się koło 1500-3000 na czysto, po spłatach wszelkich opłat i zusów i amortyzacji lokalu/sprzętu/aut. Obecnie mi się to udaje zobaczymy jak wypadnie sierpień/wrzesień.
    2. W firmie w której pracuję jako "prawa ręka" dostałem podwyżkę. Do połowy września, chciałbym na ten moment trochę podziałać z rozwojem sprzedaży i rozpoznawalnością nowego sklepu który otworzyliśmy w tym okresie. Jak dobrze wywinduję promocyjne aspekty, plus rozpoznawalność od września zacznę nakręcać sprzedaż co będzie skutkować odpowiednią premią. Liczę na wzrost finansowy w tym zakresie pozwalający mi osiągać zarobki rzędu 4 tys podstawy w miesiącu październiku i kolejnych po nim. Dodatkowe aspekty procentu ze sprzedaży powinny mi przynosić zyski od 1000 do 3000. Dużo będzie zależeć od mojego zaangażowania.
    3. Praca jako trener/dietetyk przynosi stabilne aktualnie ruchy, co jakiś czas wpada nowy podopieczny i systematycznie zwiększam pulę zainteresowanych mną osób poprzez nowe projekty promujące moją działalność. Dochodzą do mnie słuchy wśród dawno nie widzianych znajomych, że jestem postrzegany jako osoba "Znana" (są pytani przez obcych czy znają mnie, bo pochodzimy z tego samego rejonu). Cieszy ten fakt :) choć i dochodzą do mnie słuchy, że jestem "efektywny ale bardzo drogi". W sumie nie ma co się dziwić. Cen zabójczych nie mam, są równane z tymi jakie są na rynku. Jednak powiat w jakim działam jest ubogi i większość pracuje za minimalną. Swoją fachową wiedzę cenię, sam wydałem dziesiątki tysięcy złotych na studia i szkolenia, jednak realia życia w Polsce znam. Smutne.
    Ciekawi mnie jak to będzie na wrzesień po urlopie, aktualnie kilka osób skierowałem na kontakt ze mną właśnie po takowym (nie zaczynam współpracy z kimś, tak aby po tygodniu powiedzieć, że uciekam na urlop. Mam nadzieję, że rzeczywiście docenią moją uczciwość i się odezwą :D.

-> Pasja
  • 1. Sportowo powolutku, cel jest 110kg, już w pewnym momencie pokazało się 104, ale ponownie uciekło do 102kg. Tak jak pisałem, żyję urlopem i nie zasuwam jak należy na 100% i w diecie i w treningu jak i suplementacji. Deadline mam ustawiony od połowy września. Więc jak tylko wrócę biorę się do roboty na full. A teraz? Dźwigam sobie :) Biję kolejne rekordy i cieszy, że wróciłem do starych ciężarów. Te ćwierć tony spokojnie podniosę z ziemi, niedługo spróbuję przysiad z 180kg a i podobną wartość wycisnę na sztandze. Tragedii nie ma, ale ambicje do grudnia to te minimum 300kg na martwy ciąg podnieść, z 185kg wycisnąć i z 210-220 przysiadać :).