Forum ŻyjW!ęcej

Praktyka Rozwoju => Dzienniki Rozwoju Osobistego => Wątek zaczęty przez: Lucjusz w Wrzesień 22, 2012, 20:31:29

Tytuł: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 22, 2012, 20:31:29
Z nazwy tematu zacząłem groźnie, jednak wcale tak tu nie będzie!
Z sztuką samorozwoju jestem już związany kilka lat, i tak jak większość zaczynałem od SU, a jeszcze wcześniej blogu Wujka ;).

Co o sobie:

Imię: Łukasz
Wiek: 20lat ('92)
Charakter: Wybuchowy, troskliwy, uparty, uczuciowy  8D

Niektórzy mogą mnie znać, niektórzy nawet pamiętać  8D... Dlaczego przez ten okres czasu zrezygnowałem z kontaktu z projektem Żyj Więcej 2.0>? Z prostej przyczyny: Czułem się zawiedziony, stratą włożonej pracy, która znikła. Nie wiem czy bezpowrotnie (nie orientuje się, czy przetrwały moje artykuły na starym komputerze).
Jednak główną przyczyną mojej nieobecności (jeżeli kogoś to interesuje 8D) było po prostu życie...
Miałem plany, jeżeli ktoś je pamięta to miło, bo będzie mógł skonfrontować z rzeczywistością jaka zaistniała. Z szkoły pożarniczej w tym roku zrezygnowałem. Odpuściłem ze względu na kobietę z która aktualnie jestem. Czy postąpiłem dobrze? Oczywiście, to była świadoma decyzja.
W tym samym momencie dostałem pracę (która również przypieczętowała moją decyzję): Wymarzoną. Pracuję w biznesie sprzedaży suplementów. Dorabiam jako trener personalny, oraz jako dietetyk personalny. Czyli wszystko to co robiłem kiedyś za darmo :). Co tam, że jestem w połowie kursów, ludzie przychodzą i ich to nie zniechęca. Firma w której działam składa dodatkowo z 2 ludzi. Jeden jest moim szefem, drugi pracownikiem z dłuższym stażem ala' kierownikiem, ale obydwoje są moimi dobrymi kumplami. Co daje takie "małe" zaplecze: Każdy nasz krok, każde posunięcie w kierunku przyciągania klientów odbija się na pensji. Im bardziej rozwojowi będziemy tym lepiej dla naszych kieszeni. Tworzymy video treningowe, motywacyjne, fotorelacje, wywiady; nic mnie nie ogranicza.
Dodatkowo szef, bardzo o nas dba, ze względu na bardzo wąski odsetek ludzi którzy nadają się do tej pracy i posiadają wymaganą wiedzę. Osobiście przebiłem się przez 120 kandydatów. Dzięki posiadanej wiedzy i zaangażowaniu okres przygotowania (50% pensji) skróciłem z 1 miesiąca do 10 dni, a okres próbny (bez premii) z 3 miesięcy do 0. Premię dostałem pierwszego miesiąca pracy, ze względu na skok sprzedaży o 30%. Który utrzymuje się do tej pory. uważam to za swój wielki sukces.
W czasie tych kilku miesięcy zamieszkałem ze swoją dziewczyną. Najpierw na stancji, teraz wynajmujemy własne mieszkanko.

Z Karoliną, czyli dziewczyną, nie szło tak kolorowo jak na początku znajomości, jednak to na dłuższą historię.

Po co zakładam dziennik, żeby wszystko mieć poukładane, móc opisywać i relacjonować... Móc mieć wgląd i uczyć się na własnych błędach.
Out  ;)...
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: III w Wrzesień 22, 2012, 20:50:45
No nareszcie, wielki welcome back!

Widać, że... Zyjesz coraz Więcej :)
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: lucas1988 w Wrzesień 22, 2012, 21:51:28
To widzę śpiewająco u Ciebie. :)
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Smiler w Wrzesień 22, 2012, 22:24:23
WOW! Chyba największe zaskoczenie w tym roku ;)! Witamy z powrotem ;)!
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Kitek0405 w Wrzesień 22, 2012, 22:36:53
Witamy, witamy! Jeszcze jednego Łukasza mi tutaj potrzeba, pfffff....

Pisz co tam u Ciebie więcej, szerzej co z Karoliną. Czekamy, czytamy, odpowiadamy. :P

Gratuluję zdobycia wymarzonej pracy, przebicie się przez tylu musi dawać satysfakcję. ;)
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 23, 2012, 10:18:04
To jedziemy dalej...

Na czym to ja?...
Studia, podjąłem się studiowania... Co prawda nigdy tego nie planowałem, nawet się tego nie spodziewałem ale BARDZO spodobała mi się chemia. Zdawałem z jej maturę podstawowa, zdana z najlepszym wynikiem w szkole.

Co do tego mam fajną historię: 21 maja, godzina 12:00; przeglądam kwejk.pl, totalnie wy@#$% na wszystko  8), telefon:
- Łukasz kiedy zdajesz maturę z chemii?
- 25 maja, a co?
- A to gamoniu, że nic się nie uczyłeś, a chemię masz dokładnie za 2 godziny. 25 maja to masz w języku obcym!
- O k@%^%$#^
Hehe, szybko coś tam powtórzyłem, powiedziałem sobie w duchu "nie zdam" i ruszyłem z uśmiechem na twarzy na maturę. Oczywiście wpis na fejsa, hihy śmichy przed egzaminem, tłumaczenie się chemiczce, że ten wpis na fejsie to żart (musiała akurat przejrzeć moją tablice 8D) i ruszyłem. Otwieram arkusz i moim oczom ukazał się najprostszy test z chemii od kilku lat <deal with it>... Czasami mam dziwne wrażenie, że moje szczęście jest wręcz tak nie wyobrażalne, że niedługo będę musiał wiele poświęcić w podzięce za nie.

Kolejne mega zrządzenie losu... drugi najlepiej napisany test praktyczny z informatyki (wszyscy nauczyciele mina: o_O, przecież miał nie zdać [ale pod względem osobistym, ze wszystkimi żyłem bardzo dobrze ;)] ) i zdany test pisemny, gdzie przez 2 miechy bylem w 100% pewny, że nie zdałem ze względu na duży odsetek metody chybił trafił.

Dobra bo zgubiłem wątek: Studia, w kierunku: Technologia żywności, i żywienie człowieka na Politechnice Koszalińskiej. Co prawda zaocznie, ale zobaczymy, czy ten kierunek jest dla mnie. Czy aspekt techniczny, nie będzie zbyt dominujący i dokształcę się też w mojej dziedzinie: Dietetyce.

Finansowo, stoję (odpukać) bardzo dobrze. Przynajmniej porównując do tych innych prac wykonywanych. Pracuje systemem dzień pracujący (12h), dzień wolny. W sumie jest to 18 lub 20 dni przepracowanych. Wyciągam około 2 tys. z pensji, do tego to co ugram na pomocy dietetycznej czy też treningowej (w najlepszym okresie 700zł dodatku). Do tego darmowa siłownia, darmowa sauna, darmowe/tanie suplementy (dla osoby podchodzącej poważnie do kulturystyki, są to olbrzymie koszta).
Od jakiegoś czasu mam jednak problem, problem rozdarcia. W naszym mieście istnieją 2 firmy zajmujące się sprzedażą odżywek. Z czego zanim zacząłem pracę w mojej aktualnej, trzymałem bardzo dobrze z właścicielem tej drugiej. Nie podchodzi on do biznesu rozwojowo: brak rozwoju w sieci, promowania się. Teraz wiem, że obroty mu spadły, idzie mu gorzej. Ostatnio nawet przyszedł sprawdzić kto zaczął pracować w nowym punkcie jego konkurencji, a tu bam ja. Co prawda, podał dziwną wymówkę, i dodał: "jak trzeba, to trzeba nie widzę problemu" na moje przedstawienie aktualnej sytuacji, jednak bardzo mnie to rusza. Czasami mam nieciekawe sny (hehe głupio brzmi co 8D), w których czuję wręcz, że to moja winna... Odczuwam poczucie winny. Jednak bezwzględny biznesmen ze mnie słaby.

Tyle na dziś  ;). Out
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Kitek0405 w Wrzesień 23, 2012, 17:55:28
Gratuluję chemii! W średniej szkole stałem z tego... średnio. ;P


Ciekawa sprawa z tym poczuciem winy, powstał jakiś związek między wami i wydaje Ci się, że jakoś go oszukałeś czy coś. Mam podobnie i nie wiem jak sobie z tym radzić. Niby zdajesz sobie sprawę, że postąpiłeś słusznie, ale jednak coś jest nie tak.

Powodzonka życzę. ;)
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: wariat w Wrzesień 23, 2012, 21:18:04
kojarzę Cię miśku z SU :)
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Smiler w Wrzesień 24, 2012, 10:47:08
Szefem się nie przejmuj... Pomyśl też w ten sposób - czy gdyby ŻW się nie rozwijało, przyszedłbyś tutaj? Przecież SU padła i NIKT nie podejmował inicjatywy naprawienia, więc nie dziwmy się, że szczury opuściły statek 8D! Dla mnie to normalne koleje losu, sentymentem rodziny nie wykarmisz.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 24, 2012, 14:05:59
Szefem się nie przejmuj... Pomyśl też w ten sposób - czy gdyby ŻW się nie rozwijało, przyszedłbyś tutaj? Przecież SU padła i NIKT nie podejmował inicjatywy naprawienia, więc nie dziwmy się, że szczury opuściły statek 8D! Dla mnie to normalne koleje losu, sentymentem rodziny nie wykarmisz.

Tylko widzisz, to nie był mój szef, tylko na początku partner w interesach, a potem po prostu się zakumplowaliśmy. Dlatego występuje u mnie ten efekt poczucia winy.

Let's go... Swoją osobę i przeszłość przedstawiłem. Czas na przyszłość... Czym się teraz kieruje:
Praca:
Tu chcę się rozwijać, dawać coś od siebie, a w szczególności stworzyć coś co przyniesie duże zyski naszemu przedsiębiorstwu. Mam kilka pomysłów, jednak żeby je zrealizować muszę uporządkować swoje życie pod względem czasowym.

Życie codzienne:
Przedewszystkim dąże do złapania tego tępa, tępa które jest niejednolite. Ogólnie dzień zaczynam o 6 rano, ale i tak czasu na wszystko nie wystarcza:
- Uzupełnij profile internetowe
- Zdaj relacje treningowe
- Ogarnij mieszkanie, rachunki
- Dieta
- Treningi
- Pomoc personalna
- Pomoc rodzinnie: mój ojciec jest rolnikiem, tam ciągle potrzebna jest pomoc.
- Dziewczyna
- Wprowadzanie w plan pomysłów promocyjnych firmy w której działam.
To uzupełnia mój dzień wolny. Ogólnie czas poświęcony na siebie jest mizerny. Tak naprawdę, to przestawiłem się na tryb wczesnego wstawania właśnie żeby mieć te 2h dzienne (6-8) dla siebie na trening. Chce więcej dla siebie, i zacznę to robić. Jednak nie mogę poświęcać tych punktów ze względu na reakcje łańcuchową która z tym się wiąże.

Pasja:
Tu mam cichą nadzieję na start w debiutach kulturystycznych w wadze 75kg. Mój kolega treningowy zaatakował tą kategorię w tym roku (w przyszłym wskakuje na wyższą), i mówi, że spokojnie mógłbym próbować. Postanowienie na ten rok, w zimę dopić do 86kg wagi.
Wcześniejszy cel wypełniłem: Stoczyłem drobną, bo drobną ale walkę na Turnieju w Słupsku na zasadach K-1. Przegrałem, ale wytrzymałem 3 rundy, z bardziej doświadczonym zawodnikiem od siebie. Dużo dało mi to do myślenia. Po pierwsze i najważniejsze, jeżeli chce walczyć to max w wadze 71-73kg. Tam stawałem w 81. Facet był wyższy ode mnie o jakieś 15-20 cm. Zbijanie tak mocno wagi, automatycznie przekreśla moje zapędy do kulturystyki... ehhh Drugie: Kondycja, związana z za dużą masą mięśniowa. W tamtym okresie przy wzroście 175cm, ważyłem 81kg i po prostu zabrakło mi tlenu. Jeżeli sporty walki, to tylko parter i w mniejszej wadze.

Nauka:
Wielka nadzieja, na ciekawe studia, które przypasują mi tematycznie. Rozwój pod tym kątem i utrzymanie się na nich.

Przyszłoroczne plany są dla mnie wielką niewiadomą. Tyle opcji wyboru, nie zdecydowałem się jeszcze. Czy zostać na studiach, rozwijać w aktualnej firmie. Czy zawiesić studia, ruszyć do straży pożarnej i kontynuować później. A może wszystko na raz 8D...

Aktualnie chcę poświęcić chwile wolnego na przejrzenie forum, i tego co zawiera.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 26, 2012, 22:02:48
Ok, to teraz czas na wyznania, przełamania własnego i wylania z siebie bólu. W końcu poniekąd od tego jest to forum: Od przełamywania własnych granic...

Najgorzej w życiu miałem z zakochiwaniem się... Tak wiele dziewczyn się we mnie podkochiwało, tak wiele samo przejmowało inicjatywne byleby tylko się ze mną spotkać. A ja zawsze głupi, zauroczyłem się w kobietach: dużo starszych, zajętych, a przede wszystkim toksycznych. W poprzednim dzienniku opisywałem wspaniały związek w który wszedłem. Pierwsze miesiące byłby cudowne. Cudowne bo byłem ślepy. Nie zauważałem wad, mojej kobiety. Wybaczałem wszystkie poczynania. Teraz mija 11 miesięcy wspólnego bycia, od miesiąca moje uczucia są wyjałowione. A od kilku dni zerowe. W końcu dojrzałem, kiedy otoczka zauroczenia opadła ujrzałem osobę wulgarną, rozpieszczoną jedynaczkę mającą matkę alkoholiczkę idącą w jej kierunku, patologiczne wzorce rodzinny. Tak odmienną ode mnie, bez pasji i chęci dawania światu siebie, nastawioną jedynie na zabawę na czerpanie bez "misji" oddania. Ślepo wierzyłem, że to się zmieni jednak kiedy bywało lepiej (np. podczas dłuższej wizyty w moim domu rodzinnym) spotykała się z matką i wszystko wracało: agresja, chamstwo względem partnera, alkohol i dziwne poglądy związku w którym to kobieta góruje nad partnerem i poniekąd nie szanuje. Gniłem w tej relacji, walczyłem, wypruwałem sobie flaki na początku chowałem dumę byleby tylko zaprzestać kłótni, skoro i tak NIGDY nie przeprosiła mnie szczerze więc po co o takie coś walczyć (wyczuwałem, że w głebi dalej uważała, że ma racje, przepraszała bo musiała). Jednak potem już nie odpuszczałem, to było sprzeczne z moją naturę. Dlatego konflikty te zaostrzały się.
I wtedy kiedy postanowiłem to zakończyć, jej matka rozchorowała się bardzo poważnie. W tym momencie przyszedł  dla niej ciężki czas próby. Nie mogłem, nie mogłem jej zostawić samej... Mam wpojone przez rodzinne, oraz przez otoczenie w którym się znajdowałem aby pomagać słabszym, aby wspierać tych którzy tego potrzebują... Nie mogłem jej dobić. Miałem cichą nadzieję, że to coś zmieni, jednak ona po prostu taka jest. Jest idealnie taka sama jak matka, która obrzydza mnie swoją aparycją, swoją osobą oraz zachowaniem teraźniejszym i z przeszłości. Więc jak mogę ją kochać, kochać do końca? Tak wielu mi mówiło" Zostaw ją, stać cię na lepszą; Zobacz co ona wyprawia". Siostra powtarza mi to do tej pory, że takich mężczyzn jak ja jest tak mało, że mogę zdobyć każdą. Kurcze wiem o tym, i coraz częściej wyobrażam sobie życie z osobą która będzie to doceniać codziennie, a nie tylko raz na dłuższy czas przy dobrym humorze... Zauroczenie, straszna choroba..
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: lucas1988 w Wrzesień 26, 2012, 22:50:41
A rozmawiałeś z nią o tym? Próbowałeś pomóc jej z tym nałogiem? Nie wygląda to ciekawie. Pamiętaj, im dłużej będziesz w tym tkwił, tym więcej negatywnych emocji i trudniej będzie podjąć decyzje, aczkolwiek rozumiem, że nie chciałeś jej zostawiać w takim okresie.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 27, 2012, 09:31:00
Rozmawiałem wielokrotnie. Ale ona po prostu taka jest. Przepraszała, obiecywała poprawę, jednak po okresie ciszy przychodził bum i znów powrót. Potem znowu przeprosiny, chwila spokoju... I właśnie te chwile spokoju dawały mi nadzieję... Jest ona osoba bardzo impulsywną i zaborczą. Wszystko razem daje wybuchowa mieszankę: Najpierw poprzez impulsywność wypowiada słowa, za które musi przepraszać, jednak poprzez zaborczość w głębi wierzy, że nie zrobiła nic złego.
Teraz jest ten okres lepszy, ma wielki problem, ciągle się martwi i potrzebuje mojej pomocy. Z jej przekazu, wynika, że zaczęła w końcu uświadamiać matce, że nie może tyle pić. Chce porozmawiać z ojcem, aby nie wyjeżdżał za granice tak często i na tak długo, nie zostawiał jej. Dostrzegam, że moje słowa do niej docierają, i ostatnio bardzo obrazowo przedstawiłem jej pewną sytuację której wizja widocznie na nią wpłynęła.
Cholera znowu wraca do mnie nadzieja, i jakieś resztki tego uczucia we mnie tkwią... Jednak mam też w sobie smutek, związany z przyszłością, w której nie widzę jej obok mnie.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Smiler w Październik 10, 2012, 10:29:16
Życie codzienne:
Przedewszystkim dąże do złapania tego tępa, tępa które jest niejednolite. Ogólnie dzień zaczynam o 6 rano, ale i tak czasu na wszystko nie wystarcza:
- Uzupełnij profile internetowe
- Zdaj relacje treningowe
- Ogarnij mieszkanie, rachunki
- Dieta
- Treningi
- Pomoc personalna
- Pomoc rodzinnie: mój ojciec jest rolnikiem, tam ciągle potrzebna jest pomoc.
- Dziewczyna
- Wprowadzanie w plan pomysłów promocyjnych firmy w której działam.
To uzupełnia mój dzień wolny. Ogólnie czas poświęcony na siebie jest mizerny. Tak naprawdę, to przestawiłem się na tryb wczesnego wstawania właśnie żeby mieć te 2h dzienne (6-8) dla siebie na trening. Chce więcej dla siebie, i zacznę to robić. Jednak nie mogę poświęcać tych punktów ze względu na reakcje łańcuchową która z tym się wiąże.
Spróbuj poczytać sobie o systemie GTD do zarządzania treścią (fajnie opisany jest na produktywnie.pl) oraz przede wszystkim tego Coveya i jego "7 nawyków", bo nawyk 3 dedykowany jest właśnie Tobie ;)



Wcześniejszy cel wypełniłem: Stoczyłem drobną, bo drobną ale walkę na Turnieju w Słupsku na zasadach K-1. Przegrałem, ale wytrzymałem 3 rundy, z bardziej doświadczonym zawodnikiem od siebie.
GRATULACJE!!!



Co do dziewczyny... Lucjusz - będę szczery. To się nigdy nie skończy, tak będzie zawsze. Dopóki ona sama nie zechce siebie zmieniać w takim stopniu jak chociażby mu tutaj na forum... to nic z tego nie wyjdzie. Alkoholik, żeby wrócił do normy, musi sam zobaczyć co ze sobą robi, musi to sam doświadczyć! Ona musi spojrzeć w lustro i dostrzec w nim swoją matkę, a nie siebie. Obawiam się jednak, że do tego dojdzie w wieku około 40-50 lat, gdy jej własna córka będzie w takiej sytuacji w jakiej jest ona.

Pomoc słabszym - jak najbardziej!!! Ale tylko takim, którzy tego chcą! Zobacz - przecież na tym forum jest wiele osób "słabszych" ode mnie, a przecież im pomagam!!! Dlaczego? BO CHCĄ TEGO! Chcą żyć więcej! Z mojego otoczenia takich osób jest niewiele i wiesz co mówią o idei ŻW?! Śmieją się, dokuczają mi... a ja to zlewam! Wspieraj silne elementy! Fajny facet jesteś, dobrze zbudowany, przystojny, OGARNIĘTY i inteligentny! Nie mówię o tym, żebyś ją zostawił, albo znalazł sobie inną. Nie. Ja apeluję do Ciebie, abyś storzył takie rozwiązanie, abyś ty mógł realizować siebie, a jednocześnie mógł według wyboru pomóc dziewczynie.

Za 10 lat możesz wspomnieć siebie jako gościa, który podjął właściwą decyzję...
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Mmefisto w Październik 10, 2012, 19:50:20
Cześć Lucjusz

Może ja też dorzucę coś od siebie:
9 miesięcy temu byłem w podobnym (toksycznym) związku, rozpieszczona córeczkę tatusia która robiła to na co miała ochotę, miała pieniądze na wszystko... inteligenta, wrażliwa, która potrafiła sobie ze wszystkim poradzić.. Nie, tak mi się tylko wydawało.

Po miesiącu myślałem że "złapałem P. Boga za nogi", że z taką kobietą to ja chce spędzić resztę życia..
Jednak po pewnym czasie pokazała mi jaka jest naprawdę, jaka jest oschła, nie wrażliwa, jak nie liczy się ze zdaniem innych... jak też swoich rodziców pomimo tego że miała wszystko, nie szanowała.
Próbowałem wszystkiego żeby ją zmienić, żeby miała większy szacunek do rodziców, myślałem że mi się udało. Przez pewien czas wszystko zaczęło się układać ale znowu jej chore jazdy.

Powiem Ci szczerze że to nawet kurwa było wyzwanie dla mnie spróbować zmienić ją, zmienić jej poglądy, żeby się stała lepszym człowiekiem, ale nic bardziej mylnego, stawiałem jej nawet ultimatum, albo się zmienisz albo odejdę, próbowała, próbowała kilka razy... lecz takiej osoby się nie da zmienić. Ją zmieniło życie, bezpowrotnie.
Do tej pory nie wiem co z jej ust było prawdą a co kłamstwem, ale mimo wszystko cieszę się że mnie zostawiła, tak zostawiła mnie dla innego i dziękuje jej i jemu także, że to wszystko się tak potoczyło:)

Do czego zmierzam? A do tego, żebyś poważnie się zastanowił nad odejściem od niej, nie warto jest w to brnąć.
Sorry stary ale zniszczysz sobie tym wszystkim psychikę.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Bart00 w Październik 10, 2012, 20:44:44
Mmefisto, chwala Ci za to co napisales. Ja sam jestem przykladem takiej toksycznej milosci. I chyba dalej mam zryta psyche przez ta dziewczyne, po mimo ze po tej milosci bylem w dwoch innych zwiazkach. Zreszta kiedys opisywalem owa telenowele.   
 
Lucjusz, dobrze sie zastanow czy warto, bo jak cos sie nagle sypnie, to  bedzie to nieporownywalnie  wieksze niz to, co masz teraz.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Lipiec 21, 2017, 22:44:05
Prawie 5 lat temu... jak to wszystko przeczytałem. Wspaniałe :). Świetny gość ten Lucjusz, młody jeszcze pełen entuzjazmu. Trochę dostanie po dupie, trochę poczuje co to znaczy mieć pecha. Jednak to będzie ułamek, a jego spostrzeżenia co do "wiecznego farta" się nie zmienią. Fascynacja niektórymi osobami i relacje z takowymi ulegną dużej zmianie, okaże się, że rozwijając siebie potrafimy zranić samym tym faktem innych... i trzeba będzie to tolerować, a finalnie zaakceptować. Choć ciężko mu to przyjdzie, bo kocha ludzi tak po prostu. Całe szczęście to co wpoiła mu kochająca rodzina: wartości, twardy kręgosłup moralny. To przysporzy mu wiele pozytywnych relacji, będzie budził duże zaufanie wśród ludzi, a z czasem wśród osób robiących z nim interesy. I to duże, bo pełne zaangażowanie kierunkowi jakiemu się oddał (zdrowie, żywienie, sport) poskutkuje pozycją prawej ręki w pierwszej firmie (już składającej się z 8 a nie 3 osób), a następnie pozycji lidera w regionie, w kwestiach prowadzenia dietetycznego sportowców i ludzi aktywnych. Z czasem znajdzie też w sobie siłę na rozwój swojego biznesu, i założy firmę która już w pierwszym roku przyniesie znaczące zyski, i na wcześniejsze szczęście zarobkowe spojrzy z wielkim sentymentem (w porównaniu miał tak niewiele, a był szczęśliwszy). Widać też, że jego pasja nie minie, przypieczętuje to dostając się do finału ogólnopolskich zawodów w kulturystyce w jednej z najcięższych kategorii wagowych.
I mimo tych 5 wspaniałych lat przebytych przez życie jak czołg, z chłopaczka wywodzącego się z wioski co start "na swoim" zaczął wieku 19 lat i kredytem 800zł... do znanego sportowca i biznesmena, z kilkunastotysięczną wypłatą miesięcznie... czuję, że coś zepsułem.

Zepsułem sam siebie, żyjąc z kobietą która zniszczyła mnie doszczętnie. Do tego stopnia, że miłość pozostała we mnie rani osoby z boku, które chcą mi pomóc. Wiecie dlaczego uciekłem z forum ZyjWięcej? Bo wasze słowa były PRAWDĄ, po prostu uciekłem! "Bez sensu, nie mogę słuchać się internetowych GURU, poradzę sobie sam". Poradziłem tak, że moje życie pod kątem uczuć i emocji wyjałowiłem do ZERA. Aby opisać 5 lat życia z moją byłą narzeczoną, należałoby wezwać kilku psychologów. Serio. Raczej moglibyście tego nie wytrzymać.
Tak bardzo ją kochałem, że zacząłem już nic nie zauważać, a problemy opisane te kilka lat temu (tutaj) tylko się pogłębiły. Do kotła dorzucić można jeszcze, już stały kontakt z alkoholem, fascynacje seksualne które w pewnym momencie przekroczyły mój próg "akceptacji" (jednak aprobowałem z serii "nie chcę Cię blokować, spróbujmy, bądź szczęśliwa będąc sobą). Poświęcałem się z miesiąca na kolejny miesiąc. Przyszło też prawdziwe życie, jej pierwsza praca i pierwsze prawdziwe problemy... nie potrafiła się w nich opanować, z początku histeryzując i popadając w stany złamani z różnych błahych powodów, następnie przekuła to na olbrzymią agresję i wyrzuty w moim kierunku (za mało mi pomagasz, nie wspierasz mnie). Jak "pipa" jeszcze mówiłem: rzuć tą pracę, zbytnio Cię stresuje, olej to, znajdziemy Ci coś innego... wtedy słuchałem zarzutów, że uważam ją "że się nie nadaje". To była roczna plątanina emocji, gdzie ciągle cierpiałem.

Forum zawsze pozwalało rozgrzeszyć... więc i ja się wyspowiadam. Totalnie wypłukany z emocji i pozytywnych odczuć miłości, szukałem kontaktu z innymi kobietami. Nie chciałem zdradzać, po prostu brakowało mi uczuć. Kiedy to na kolejnym wspólnym wypadzie moja narzeczona spita w sztok, znów nakręcając się negatywnie odmówiła mi wspólnej zabawy, olałem ją świetnie bawiąc się z koleżankami. I wtedy to od całkiem obcej dziewczyny, którą znaliśmy raptem "z kilku spotkań", usłyszałem: "Łukasz jesteś wspaniały, z chęci bym się z Tobą przespała, ale jesteś z nią i tego nie zrobię. Pamiętaj, że się przy niej marnujesz". Obca w sumie kobieta, takie słowa. Byliśmy trzeźwi, i to przelało czarę. Kolejne tygodnie były udręką, marazmem życiowym i walką z samym sobą. Znienawidziłem moją narzeczoną, przestałem adorować, całkowicie odpuściłem. Byłem nijaki, nie chciałem się z nią kochać. Nie zauważyła tego, żyjąc w amoku beztroskiego życia przy moim boku. Tak bardzo chciałem, aby powalczyła, zapytała. Niestety nic, a mój stan przerodził się już w wewnętrzną depresję. Tak bardzo żałuję...

Rozstawałem się z nią trzykrotnie, zawsze to ja zostawiałem, ona z łzami przepraszała, ja wybaczałem. Tym razem zrobiłem coś innego, i najgorzej: jakbym nic nie pamiętał. Byłem tak smutnym człowiekiem, że automatycznie zrobiłem wszystko aby zerwać z nią więź psychiczną. Uwierzcie, zacząłem spotykać się z innego kobietą nic do niej ie czując, żadnych emocji, żadnego podniecenia. Byłem całkowicie wyjałowiony, i jakby wewnętrznie coś mną kierowało. Ta druga osoba okazała się BARDZO wartościowa, i to ciepło co mi dała przyciągało mimo, że go nie czułem: szedłem za nim. To trwało kilka dni, w końcu spotkałem się z nią i spędziłem noc. Nie zrobiłem tego z faktu podniecenia, chęci zdrady. Osobiście nie pamiętam tego momentu w życiu. Tej nocy, zdecydowałem, że to koniec. Przedstawiłem wszystko mojej byłej narzeczonej (cholera: Z NADZIEJĄ, ŻE TO ONA MNIE PORZUCI!), i ta mi wybaczyła po 3 minutach. Załamałem się, uświadomiłem w jakie bagno wpakowałem i jak wiele lat straciłem. Patrząc jak płaczę, kiedy to ja oznajmiam, że kończę nasz związek czułem tylko zmęczenie i chęć oddechu. Zero emocji... a kawa spożyta kolejnego dnia samemu była dla mnie czymś co spowodowało, że się ucieszyłem "sam do siebie".

A teraz? Kolejne miesiące to była walka ze sobą, i olbrzymim żalem jaki miałem do siebie, że nie potrafiłem tego zakończyć inaczej. Mimo, że zapewniłem jej start w życiu po naszym rozstaniu zabezpieczając ją finansowo na kilka lat w przód... to co zrobiłem, to było straszne. Przepraszałem ją wielokrotnie za to, a siebie karałem i rugałem. I z dnia na dzień coraz mocniej, bo pamięć zaczęła wyrzucać złe chwile, pozostawiając tylko te dobre.

Teraz jestem w rozterce życiowej. nie czuje szczęścia, nie potrafię się pogodzić z faktem, że nie utrzymujemy kontaktu ze sobą tak po prostu sie odezwać. W trakcie tych 5 lat była też moją przyjaciółką... Razem podbijaliśmy świat wspierając się wzajemnie. To co nasz zniszczyło to jej przeszłość, podobne eksplozywne charaktery, mój brak postawienia na swoim w momencie kiedy się psuło. Najbardziej boli myśl, że zraniłem ją i mimo 5 lat bycia i życia razem to się po prostu rozpadło. Tak po prostu, nie znaczy teraz nic. Wracając do pierwszego wstępu: dalej ją kocham, i wiem, że to po prostu jest uzależnienie od trucizny. Nie możemy żyć razem, bo wspólnie się niszczymy. Aktualnie mam u boku świetną osóbkę, której należą się szczerze uczucia, a nie są takie do końca bo rozdzielone: pomiędzy nadzieję na piękną przyszłość z nią w dobroci i miłości, a przeszłością i nostalgią za wspomnieniem.

Teraz pytanie: jak znów być szczęśliwym?
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Lipiec 22, 2017, 11:36:25
Wiecie co jest w życiu najmniej obliczalne? Los.
Jak za zaklęciem, po tym wpisie dostaję telefon od mojej byłej, z pytaniem z serii: „Przepraszam, że zawracam głowę ale czy nie zostawiła u mnie tego i tego”. Serio, po pół roku braku kontaktu, po pół roku nie zamienienia ze sobą więcej niż 2 zdań. Tak po prostu dzwoni. Czułem w niej tą potrzebę rozmowy, ten ton. Znam go na wylot. Znam ją na wylot. Wiem, że stara sobie ułożyć życie, choć robi to bardzo nie poradnie, tak jak zawsze: bawi się. Totalnie beztroska, totalnie poza tym co się dzieję „jestem silna, bawmy się”. W środku załamana i smutna, stara się sklejać posypane kawałki życia. Oparła je całe na mnie, dopuściłem do tego dając olbrzymie poczucie bezpieczeństwa. Dziwne, że uznała to za „czynnik stały”, nie wykazując chęci zrozumienia mnie i moich poglądów co do życia. W sumie, co ja się dziwie: 4 lata temu już pisałem, że dawałem jej tak wiele, a ona mi nic. Przyzwyczaiła się, w końcu i tak BYŁEM.

Oj ganiam za wizją, dopisuję sobie do tego historię zupełnie innej treści niż ta która przeżyłem. Zapominam i zacieram złe wspomnienia, zostają dobre. Przezywam fakt, że ta dziewczyna cierpi, zapominając, że i ja cierpiałem te wszystkie lata. Udręczam się nie dopuszczając do serca skarbu obok, blokując swoje szczęście.

Nie wiem jeszcze jak to rozegram, wiem jedno brakuje mi szczerej ostatniej rozmowy, ostatnie nasze dni były falą żalu, załamania i gniewu. Nic nie było w pełni szczere i w pełni oddane. Chciałbym teraz wszystko jej powiedzieć, tak jak tu. Może stąd ten telefon, szansa na szczerość? Aby mieć tą pewność, że jest między nami nić zrozumienia. Choć mała. Może tak będzie mi łatwiej? Może i tak będzie jej łatwiej? Byłbym szczęśliwszy gdybym wiedział, że już sobie z tym wszystkim poradziła. 5 lat wspólnej historii, nie mam zamiaru tego odrzucać.
Los to przewrotny zwyrodnialec.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Lipiec 22, 2017, 17:55:20
Chciałem dodać jeszcze jedną rzecz w kwestii rozwoju. Szczególnie przekazać wielkie podziękowania bractwu jak i samej postawie Smielra. Tamte lata, kiedy kształtowało się we mnie moje "ja", dzięki Wam wyprowadziły mnie na prostą. Najpierw forum sz-u, potem projekt Smilera, Uncel... Nie miałem z Wami kontaktu (a dokładniej z Waszą "pracą") od wielu lat, ale najważniejsze kwestie wyryte w głowie dały mi szansę stać się kimś, kim chciałem. Jeszcze wiele przede mną i ciągle się rozwijam, nie spoczywam na laurach. Nawet ta sytuacja opisana z wyżej, jest jedną z największych rzeczy w moim życiu, podjętą wraz z ciągłym przytaczaniem sobie (znanych wam ;)) cytatów:
-> Podjąłeś najlepszą decyzję dla siebie, widocznie tak potrzebowałeś
-> To ty jesteś prezentem dla tej drugiej osoby, staraj się być lepszy wraz z nią, nie lepszy dla niej
-> Podejmuj decyzję, brnij do przodu, każdą porażkę przekuwaj w "naukę" i brnij dalej
-> Bądź samcem alfa, życie jest dla Ciebie, przeżyj je tak jak Ty chcesz. Nie krzywdź, ale i nie daj się krzywdzić

W tamtych latach zanim tu trafiłem, byłem zbyt słaby aby to czuć. Przez 5 lat ciągłych działań w rozwoju spełniam swoje marzenia. Dzięki Wam! I te duże i te małe :).
-> Zwiedzam świat i piękne miejsca (niedługo zaliczę poznanie wszystkich krajów Bałkańskich :) przepiękne miejsca).
-> Zacząłem budowę domu :), własnego miejsca o którym marzę od wielu lat. Fundusze zbierałem cały ten czas, bo postanowiłem sobie 5 lat temu: zbuduję dom, i oszczędziłem :) bez żadnych kredytów. Taras, kawa z samego rana, a widok na las i połacie pustych łąk. Działka i miejsce jest, teraz walczę z formalnościami. Projekt też wybrałem :).
-> W przyszłym roku czeka mnie ponowna walka o najwyższe podium, w tym roku na ogólnopolskich zwodach otarłem się o podium, czas w końcu wygrywać! :).
-> W końcu zdecydowałem się na zmianę auta na takie jedno z wymarzonych. Jest to spełnienie marzenia jeszcze z czasów szkoły średniej. Odwlekło się w czasie i już tak nie radowało :), ale mogę odhaczyć na liście "rzeczy które sobie obiecałem".
-> Moja własno założona firma ma już 5 pracowników, obsługujemy kilka większych miast, rekordowo obsługiwaliśmy ponad setkę klientów. Trzymam mocno kciuki za ten projekt, bo 2 lata temu, zaczynałem od 12 zamówień :D, i sam wszystko po godzinach "dłubałem".
-> Pod opieką mam dziesiątki ludzi którzy 95% osiągają ze mną swoje wymarzone osiągi sportowe od medali, po wygrane walki zawodowe i po prostu świetne sylwetki.

Jest tego tak wiele, jak sobie punktuje teraz w tej głowie. I to wszystko z Waszą pomocą! Wiecie, było MEGA ciężko czasami. Stres potrafił zbijać, przy pierwszych kontrolach firmy, przy pierwszych porażkach. Z czasem troszkę się człowiek uodpornił, trochę zrobił bardziej poważny i asertywny. Może i zgorzkniał :) ale tylko w biznesowych aspektach. W domu jestem dalej tym samym pogodnym gościem co nie lubi życia "na poważnie" :).

Teraz pozostaje do tych podpunktów dorzucić:

-> Znaleźć osobę która pokocha mnie na ten sam sposób co ja ją. Nie oczekuję wiele, po prostu zależy mi aby ta druga storna chciała iść przez życie obok mnie, nie przede mną, nie za mną: obok.

I wiecie co? Tak naprawdę już ktoś taki w moim życiu się pojawił. Muszę tylko uporać się z swoim drobnym skrawkiem przeszłości, pogodzić z tym wszystkim i iść dalej do przodu, pełny nadziei nie żalu :).
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Lipiec 24, 2017, 14:19:37
I po spotkaniu...
Nie bolało jak przypadkowe kiedyś, świeżo po rozstaniu.
Byłem szczery w tej rozmowie powiedziałem wszystko to co przemyślałem o swoim życiu, o naszych decyzjach. Powiedziałem co wprawiło mnie w tą decyzję, co wprawiło mnie w niemoc tamtego dnia. W sumie obydwoje jesteśmy tego samego zdania. Jesteśmy w wspólnym nieszczęściu braku podjęcia decyzji te kilka lat temu, ostatecznej. Ciągłe powroty sprawiały, że akceptowaliśmy coraz więcej naszych wad, tylko po to aby nie powtarzać "złych uczuć".  W końcu cały ten syf był już nie do wytrzymania, i tym razem pękłem ja podejmując najgorszą decyzję w życiu.
Zdrada boli jak jasna cholera i mimo tego, że sercem z nią nie byłem już od wielu tygodni i mimo tego, że nie trwałem w tej zdradzie dłużej jak jeden dzień, rozstając się z nią w tym samym czasie: Żałuję. Żałuję, że wprawiłem ją choć na kilka minut w ten stan. Będę jeszcze długo dźwigał ten krzyż, ale udźwignę go bo wiem też w jakiej niedoli żyłem.
A ona? Ucieka, zbyt dużo jej o mnie przypomina, podjęła szalone kroki wyjazdu z kraju. Poprosiła aby to było nasze ostatnie spotkanie i na tym zakończyć naszą znajomość. I w moich oczach i w niej było widać, że to mocno boli, takie słowa. Związała się z człowiekiem którego znam, i raczej ni uważałbym, że przyciągnie on ją do siebie.  Szczerze, to uważałem go za totalnego pajaca przez wiele lat i ona o tym wiedziała (typ Seby z BMW, koniecznie chcący się pokazać). Trochę się zdziwiłem, ale i trochę dało mi to do myślenia, i a nóż widelec jest dla niej lepszy ode mnie? :)
Wątpię, ale to już nie moje życie. Kurczę trochę mnie smuci to wszystko, fakt, że pewnie przez kolejne lata nie będzie dane nam się spotkać i już normalnie porozmawiać. Może to głupie, ale mimo tego, że mam świadomość jak toksyczne życie wiodłem, były w tym życiu momenty które zapamiętam, a fakt, że to była pierwsza prawdziwa miłość zostanie ze mną zapewne na zawsze. Będę coś do niej czuł, a ona do mnie jeszcze przez wiele lat, a może i do końca życia. W niej widziałem to samo, ta łza w oku nie wzięła się znikąd.

Ale czas iść dalej, postawić sobie kolejne życiowe cele i przede wszystkim nie popełniać starych błędów z poprzedniego związku. Jakie cele na ten moment?

-> Rozwijać się w nowym związku, z osobą która tolerowała to wszystko co się działa wkoło mnie i we mnie.
-> Odwiedzić kolejne kraje bałkańskie tym razem 2 tygodniowy "Trip" po Chorwacji :) od góry do dołu :). Start w wrześniu.
-> Dokończyć całą papirologie z budowa domu, a nóż widelce już w tym roku zacznę budowę :)
-> Wytrzymać do sezonu sprzedażowego w firmie, odpowiednio inwestując zarobione $.
-> Zapomnieć o przeszłości, i spoglądać na nią z szczęściem w sercu i nadzieją na jeszcze lepszą przyszłość...
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Lipiec 25, 2017, 15:54:50
Mała dygresja:
Mam nadzieję, że nie zostanie zamknięty mój dziennik, odezwę się za 2-3 tygodnie bo w sumie codzienne zapisywanie swoich przemyśleń jest dość... natarczywe :D. Z wielką chęcią tutaj zostanę jak będzie mi dane, i podzielę się swoim życiem z Wami, może kogoś zainspiruję lub zmotywuję do działania. Choć jak widać sam mam problemy, to czasami coś tam potrafię podpowiedzieć dobrego ;).

W takim razie: za kilkanaście dni podsumowanie swojego rozwoju w tym życiowym padole. Plany zawsze miałem wielkie, więc będę nadal brnął przez życie :). Co do sytuacji opisywanej przez kilka dni, powoli się ze wszystkim godzę, ale boli nadal, a spotkanie wczorajsze trochę rozdrapało tą ranę. Jednak "show must go on". Do usłyszenia!
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Lipiec 31, 2017, 18:02:12
Kolejne dni mijają, przełamałem kilka niedociągnięć życiowych i kwestii rozwojowych:

-> Wyciągam firmę z marazmu, wakacyjne miesiące dla moje branży są mega ciężkie, ale działania promocyjne, nowe inwestycje (całkowicie modernizacja strony WWW, promocje) postawiły ponownie nas na nogi. Wracamy do gry :)

-> Mimo tego, nie zarobię za wiele, bo kilkanaście tysięcy pójdzie na leasingi i opląty ubezpieczeń (!!! ale wzrosło to gówno, za młody jestem na jakieś duże zniżki, a zeszłoroczna stłuczka mnie nie poratowała... a tu 3 auta "dostawcze" do ubezpieczenia.

-> Moi pracownicy są bardzo zadowoleni z swoich stanowisk pracy i atmosfery w firmie (podsłuchane przez przypadek więc nie było to pucowanie się :)). Zadowala mnie ten fakt, szczególnie, że musiałem im trochę nosa utrzeć bo przegięli z dwa razy za mocno, i działali na swoją korzyść, ale nie korzyść firmy bez mojej wiedzy (wiadomo, kombinowanie o by tu trochę się "nie narobić" :)).

-> Mój szef chyba jest zadowolony z moich działań kierowniczych, dajemy z siebie dość dużo. Zamknąłem nowy projekt, który może przyciągnąć większą uwagę kupujących. Zobaczymy, projekt obecnie raczkuje i ma wiele niedociągnięć, ale chyba zagra, jak go zmodernizuję :).

-> Treningowo full opcja, z moją aktualna dziewczyna mocno się zawzięliśmy, a że moje aktualne cele są dość proste: Ważyć 108kg, to i zasady są proste: dźwigać coraz więcej i jeść coraz więcej. Dziś z rana 100,2kg. Więc trochę na plusie :). Zobaczymy co dalej.

To pozytywy, teraz negatywy:

Dalej jestem rozdarty pomiędzy szczęściem, a nieszczęściem. Postanowiłem jakość działać, bo naprawdę daleko mi do pozytywnego odbioru świata. Najbardziej boli:
a) fakt rozpadu 5 letniego związku, był jaki był, ale jednak padł i jak już wspomniałem: przyzwyczajenie i uzależnienie swoje zrobiło. Zjebałem po całości sposób w jaki się rozstaliśmy, te pół roku temu i strasznie żałuję.
b) przez to nie jestem szczery w aktualnym związku, bo uczucie zamiast móc w pełni rozkwitać jest tłumione przez żal i poczucie winny.

Postanowiłem, że muszę przekazać mojej byłej narzeczonej wszystko to co miałem w głowie. Nie mieliśmy nigdy szansy porozmawiać tak po ludzku od momentu rozstania, za dużo emocji nawet w trakcie tych ostatnich spotkań żeby powiedzieć to co człowiek myśli. Nałożyło się wtedy wiele spraw które nie pozwoliły nam na to. Więc napisałem do niej wszystko to co leżało mi na sercu, i zrobiłem małą spowiedź wobec tego co zaistniało. Wyznałem wszystkie swoje grzechy, jak i uczucia jakie mną kierowały, gdzie uważam, że ja popełniłem błędy, gdzie ona. Chciałem żeby wiedziała jak bardzo to wszystko było złożone, że żałuję tego czego zrobiłem i w jaki sposób. Uznałem to za swego rodzaju pewną formę terapii, wiedząc, że może to wywołać różne konsekwencje. Jak skończyło się finalnie? Dość boleśnie, po moim liście skontaktowała się ze mną przy swoim aktualnym partnerze. Potraktowała oschle i dość prześmiewczo. Słyszałem jego podśmiewanie w tle. Nie zareagowałem na to jakoś emocjonalnie, wiedziałem o co chodzi. 2h później oddzwoniła, już innym tonem, już z innymi słowami. Jednak nadal prosiła o brak kontaktu, że stara się posklejać sobie życie. Myślała, że staram sobie w ten sposób zabić sumienie, za to co zrobiłem. Po części miała rację, po części było to jednak nadal uczucie do niej i za pewne element tego uzależnienia. Szalone i bezsensowe... ale pomogło. W tym momencie rzeczywiście odpuszczę kontakt, poprosiła o to całkowicie, uszanuję to w 100%. Wiem też, że dowiedziała się wszystkiego o mnie i tym co się ze mną działo w tych miesiącach ostatnich naszego wspólnego życia. Było to dla mnie bardzo ważne, szkoda, że los nie pozwolił nam wydać z siebie tych słów i zdań świeżo po rozejściu się, że tak długo musieliśmy w sobie to dusić. Ważne jednak, że każde z nas powiedział to co chciał.

I wiecie co? Przychodzą mi do głowy myśli, żeby walnąć to wszystko i pójść za głosem serca, pobiec za nią zatrzymać i powiedzieć, że to wszystko nie prawda, że musimy żyć razem. Wiem, że ona też by tego chciała i zgodziłaby się od razu...
Jest też jeszcze rozsądek i doświadczenie, i to mi mówi, że jest to bicie serca dla heroiny, ostatnie tchnienie tych metabolitów w moim ciele, kuszące nas do kolejnej działki narkotyku. Przeświadczenie, że czulilibyśmy się wspaniale, przykryte jest wewnętrzną walką z samym sobą. Wygrywa przeczucie i intuicja, że jest to złe i poprowadzi mnie w złą stronę. Instynkt samozachowawczy...

Cytuj
Do czego zmierzam? A do tego, żebyś poważnie się zastanowił nad odejściem od niej, nie warto jest w to brnąć.
Sorry stary ale zniszczysz sobie tym wszystkim psychikę.

Miałeś rację 5 lat temu, ta relacja zniszczyła mi psychikę... ehhh
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Sierpień 19, 2017, 12:30:54
Mija pół roku od rozstania, i... minęło. Ciężkie to były miesiące. Ale czego się spodziewać, człowiek całkowicie zdewastowany przez relację z kobietą alkoholiczką, uzależnionej od relacji z matką: alkoholiczką. Zawsze wyobrażamy sobie alkoholika, jako tego menela spod hipermarketu... alkoholizm to choroba codzienności. Fakt, braku zrozumienia, że jest to trucizna, brak blokady przed wypiciem "piwka" na wieczór bez poczucia lekkiej winy. Fakt braku zahamowań na zakrapianych imprezach urodzinowy/weselnych/rodzinny. Niby impreza, niby można, ale szacunek do siebie trzeba mieć... alkoholik takowego nie ma.

Żyłem z alkoholiczką przez 5 lat, i żałuję. Zmarnowany czas. Wyciągnąłbym ją z tego, teraz, w wieku 25 lat. Albo i za kilka lat, gdyby los nas złączył w innym momencie. Wtedy jako młodzi ludzie, ba gówniarze po 18 lat. Skąd miałem wiedzieć co to za choroba i jak zniszczy nasze relacje? Do wora dorzucić matkę alkoholiczkę, która zawsze psuła wszystko co wypracowałem z moją byłą kobietą i nic nie dały wizyty w grupach, u psychologa. Nic, bo wypracowany kroczek do przodu, zawsze był zamazywany przez uzależnienie od matki, matki która wolała "wypić" z córką niż porozmawiać o problemie braku męża przy sobie, braku poszanowania w rodzinie i ojcu alkoholiku (jak widać wielopokoleniowy problem tej rodziny). Co ja 18'latek miałem zrobić? Co mogłem zrobić? To była dopiero mocna lekcja życia. Po dwóch latach, będąc jeszcze w szkole średniej byłem głową "rodziny", utrzymywałem ją i walczyłem. Wywalczyłem terapie w grupach "dzieci alkoholików", terapie u psychologa, zrozumienie problemu u mojej byłej. Zasiałem w tak młodym rozumie nasiono wyjścia z syfu jakim było jej życie. Sport, pasja, rozwój... trwało chwilę, bo SZMATA (piszę to z całą świadomością), niewychowana SZMATA ("opuszczona" przez własna matką w wieku 16 lat) jaką była jej matka zniszczyła wszystko ponownie wpływając na jej psychikę, ponownie ukazując pokręcony wzorzec matki, ponownie namawiając do alkoholu.

I znów słyszałem, że "mogę się napić po całym ciężkim dniu, należy się mi to tylko piwo/wino/jeden drink".

Pojebane. Całe szczęście już za mną. I żeby nie wybielać siebie: też zepsułem. Zepsułem siebie i zatraciłem w tym wszystkim. Odpuściłem walkę, uznałem za standardowe. Zostałem przemaglowany i przerobiony na ICH kopyto, chore relacje z matką akceptowałem, chore motywy z alkoholem zaakceptowałem, chore relacje partnerskie zaakceptowałem... JAK PIZDA! I na koniec zachowałem się właśnie jak ta pizda... A nigdy taki nie byłem, i czas o tym zapomnieć.

Żegnaj moja pierwsza miłości, smutek mnie ogarnia i żal do świata i losu: nie Ty byłaś winna temu co się stało. Tylko wszystko to co się wydarzyło przed Twoim urodzeniem i po nim, jak zostałaś wychowana i w jakim środowisku. Walczyłem tak długo, ale nie dałem rady. Szkoda, bo wiem jak wiele dobrego w Tobie jest. Modlę się codziennie za Ciebie, i za to abyś miała szansę znaleźć u boku kogoś kto będzie znacznie silniejszy niż  ja i pokażę Ci co to znaczy ŻYCIE. Nie stań się klonem swojej matki, babki, które miłość przełożyły nad inne wartości tj. zabawa i nałogi. Wierzę w Ciebie i trzymam za Ciebie kciuki!

Jestem mężczyzna, jestem prawdziwą głową rodziny i podporą w tych ciężkich czasach, jak i tym punktem który daje bezpieczeństwo w momentach dobrych. Mam mieć twarde serce i głowę, potrafiąc i chcąc walczyć o dobro moich bliskich którzy chcą dla mnie tego samego.

I tak tym sposobem czas opisać co mnie spotkało, a spotkało mnie niewyobrażalne szczęście! Droga aby je poznać, była bardzo ciężka: ale warto było. Kobieta z którą żyję, daje mi tyle szczęścia. Nawet teraz jak o niej myślę, wiem, że to ta jedyna. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, ale wiem, że trafiłem na drugą połowę. Ona jest IDENTYCZNA jak ja :). Te same zakręcenie, zapominalstwo, stosunek do świata, rodziny. Te same pasje i ambicje. Wiecie co? To będzie dopiero miłość!

Jak ślepy i straszny byłem dla niej, kiedy to patrzyła na mój smutek i wiedziała, że to nie ona go spowodowała. Jej waleczność o mnie: walczyła jak lew, i  wywalczyła. Pewna siebie i nie ugięta. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Widocznie tak miało być i tak jak napisał Smiler: Życie dało mi lekcję, po to abym mógł docenić ten skarb jaki jest u mojego boku.

Nie idealizuję jej, widzę jej wady, ale tak jak wspominałem są tak podobne do mnie... tak bardzo bliźniacze: jak miałbym nie akceptować samego, siebie? :) Jak teraz spojrzę z boku na to co się stało, serio zaczynam wierzyć w przeznaczenie. Jak po nitce doprowadziło mnie ono do niej i czuję, że miało tak być. Czas skończyć te wywody o przeszłości, zaakceptować ją i powiedzieć "żegnaj", znacznie więcej powinno się w tym wszystkim znaleźć tej kobiety. Aż mi wstyd, że w żalu i smutku nie dostrzegałem tak silniej podpory jaką była ona... Ale z drugiej strony: to jest tak schematyczne i często spotykane. Dosyć już torturowania siebie, człowiek z natury jest słaby, i musi ze sobą ciągle pracować. Zachowałem się po rozstaniu jak większość, dobrze jednak ze to zauważam i schowam do szafy: "błędów których więcej nie popełnię".

KONIEC WYWODÓW :) Czas podsumowań:

-> Rodzinne
Trochę do przodu w kwestiach akceptacji mojej nowej partnerki wśród rodziców. Powoli stają się bardziej otwarci. Nie ma co się dziwić, trochę się sparzyli. Mimo tego, że nie uważali mojej poprzedniej partnerki za dobrą po tylu latach się z nią zżyli. Co prawda przy rozstaniu matka skwitowała to (nie do mnie osobiście) "wyjdzie mu to na dobre", jednak lata robią swoje.
Cieszę się z ich aktualnego nastawienia, zaczynają zauważać jaka jest i jak dobra jest dla mnie moja aktualna miłość, a jej "lekka" skrytość wynika z skromności, a nie niechęci :). Cele jakie sobie stawiam w tym zakresie:

-> Życiowo
Jak już pisałem, czas ruszyć do przodu. Z kobietą u boku, nie która ciągnie mnie w tył. Plany mamy proste: żyć i się rozwijać. Na sierpień i wrzesień szykuję:

-> Biznesowo

-> Pasja
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 26, 2017, 10:40:55
No to miesiąc zmagań za mną :) Czas podsumowań i wytycznych tutaj sobie założonych oraz drobnych przemyśleń jak i drobnej prośby.
Może ktoś z czytających byłby chętny pomóc mi przeanalizować moje rozterki, ukazana na końcu?

-> Rodzinnie
Cytuj
1. Wzmocnić relację moich rodziców ze mną i moją kobietą.
2. Wzmocnić relację z siostrą poprzez wspólny wyjazd urlopowy (zależy mi też aby polubiły się nawzajem co chyba już doszło do skutku :)).

1. Zaliczone :) od powrotu z urlopu mamy dość ciekawie ułożone życie rodzinne, w bezstresowych warunkach. Bardzo mi na tym zależało (na spokoju poza pracą).
2.  Udało się na 110% :)

-> Życiowo
Cytuj
1. Urlop i spędzenie 2 tygodni bez stresu i obowiązków odcinając się w 90% od firm które prowadzę (mam świetne ekipy na zakładach, poradzą sobie z menagerką :)).
2. W tym okresie chciałbym już mieć papiery złożone o podzielenie działki i skierowaną sprawę o jej przepisanie na mnie osobiście. To będzie pierwszy krok do budowy domu, kolejny załatwienie formalności z przyłączami.

1. Daliśmy radę, choć kilka dni przed urlopem i sam dojazd był pasmem nieszczęść. Serio, to było jakieś fatum :D, auto było doinwestowane i wypucowane, pewne trasy. Ale jak się alternator kończy i wyprzęglik to żaden mechanik nie jest tego w stanie przewidzieć :D, i na trasie akurat pech chciał, że to wszystko poszło jedno po drugim... całe szczęście w PL :). Po drodze awaria auta w firmie (dostawcze poszło dzień przed wyjazdem) dodatkowo człowiek który miał przyjść do pracy za mnie na zastępstwo łamie nogę w dzień wyjazdu... W sumie, tyle zdarzeń, ale żadne jakoś tak nie wpłynęło negatywnie, a i nawet miło wspominam :) w tym czasie ani jednej kłótni, wszyscy jakoś tak zrezygnowani ale bez "spiny" przeżyli to wszystko razem ze mną :).
2. Papiery złożone, czekamy na pozytywne rozpatrzenie sprawy :).

-> Biznesowo
Cytuj
1. W własnej firmie chciałbym poczłapać do połowy września, i dopiero od tego momentu ruszyć z przytupem. Zgra się to z powrotem sezonu sportowego i nawrotu aktywności wśród społeczeństwa (więc dla nas najbardziej dochodowy czas). Działania jakie podejmę w okresie od połowy września to nowe punkty współpracujące ze mną [2 nowe siłownie w dwóch miastach] oraz danie kopa w dupę aktualnym sponsorowanym sportowcom aby mocniej w tym okresie promowały firmę bo widać, że wpadli w podobny marazm do mojego (ale wybaczam, sam odliczam dni do urlopu :D). Tutaj chciałbym finansowo kręcić się koło 1500-3000 na czysto, po spłatach wszelkich opłat i zusów i amortyzacji lokalu/sprzętu/aut. Obecnie mi się to udaje zobaczymy jak wypadnie sierpień/wrzesień.
2. W firmie w której pracuję jako "prawa ręka" dostałem podwyżkę. Do połowy września, chciałbym na ten moment trochę podziałać z rozwojem sprzedaży i rozpoznawalnością nowego sklepu który otworzyliśmy w tym okresie. Jak dobrze wywinduję promocyjne aspekty, plus rozpoznawalność od września zacznę nakręcać sprzedaż co będzie skutkować odpowiednią premią. Liczę na wzrost finansowy w tym zakresie pozwalający mi osiągać zarobki rzędu 4 tys podstawy w miesiącu październiku i kolejnych po nim. Dodatkowe aspekty procentu ze sprzedaży powinny mi przynosić zyski od 1000 do 3000. Dużo będzie zależeć od mojego zaangażowania.
3. Praca jako trener/dietetyk przynosi stabilne aktualnie ruchy, co jakiś czas wpada nowy podopieczny i systematycznie zwiększam pulę zainteresowanych mną osób poprzez nowe projekty promujące moją działalność. Dochodzą do mnie słuchy wśród dawno nie widzianych znajomych, że jestem postrzegany jako osoba "Znana" (są pytani przez obcych czy znają mnie, bo pochodzimy z tego samego rejonu). Cieszy ten fakt :) choć i dochodzą do mnie słuchy, że jestem "efektywny ale bardzo drogi". W sumie nie ma co się dziwić. Cen zabójczych nie mam, są równane z tymi jakie są na rynku. Jednak powiat w jakim działam jest ubogi i większość pracuje za minimalną. Swoją fachową wiedzę cenię, sam wydałem dziesiątki tysięcy złotych na studia i szkolenia, jednak realia życia w Polsce znam. Smutne.
Ciekawi mnie jak to będzie na wrzesień po urlopie, aktualnie kilka osób skierowałem na kontakt ze mną właśnie po takowym (nie zaczynam współpracy z kimś, tak aby po tygodniu powiedzieć, że uciekam na urlop. Mam nadzieję, że rzeczywiście docenią moją uczciwość i się odezwą :D.

1. Zaliczone połowicznie, nie udałem się do jednej z siłowni. Kontaktowałem się, ale połączenie było odrzucane więc zrezygnowałem. Podejrzewam, że po protu właściciel takowej był zajęty (jest moim klientem, jednak kontakt utrzymuje z działem zamówień) i już mi się nie chciało :D. Jeszcze do tego wrócę. Z drugą zawiązałem odpowiednie działania, ale nie przyniosły odpowiedniego rezultatu. Choć iskierka nadziej jest, że się powoli rozwinie i uzyskam odpowiedni odzew finansowy :).
2. Zaliczone, kolejna podwyżka uzyskana :), powoli odzyskuje to co było utracone poprzez cięcia w firmie kilka miesięcy temu (dopadł nas kryzys i ratowaliśmy się jak mogliśmy).
3. Z około 6-7 zainteresowanych przed wyjazdem moją uczciwość doceniły 2 osoby i wznowił prośby o wycenę współpracy :). Ale dodatkowo po urlopie odezwały się nowe postacie, czyli jestem na zero. Wiadomo "ciągnij rybę, póki bierze", ale jakoś sumienia nie miałem i chęci do psucia swojej renomy. Popracują z konkurencją, zrozumiej różnicę i wrócą ponownie do "chęci nawiązania współpracy".

-> Pasja
Cytuj
1. Sportowo powolutku, cel jest 110kg, już w pewnym momencie pokazało się 104, ale ponownie uciekło do 102kg. Tak jak pisałem, żyję urlopem i nie zasuwam jak należy na 100% i w diecie i w treningu jak i suplementacji. Deadline mam ustawiony od połowy września. Więc jak tylko wrócę biorę się do roboty na full. A teraz? Dźwigam sobie :) Biję kolejne rekordy i cieszy, że wróciłem do starych ciężarów. Te ćwierć tony spokojnie podniosę z ziemi, niedługo spróbuję przysiad z 180kg a i podobną wartość wycisnę na sztandze. Tragedii nie ma, ale ambicje do grudnia to te minimum 300kg na martwy ciąg podnieść, z 185kg wycisnąć i z 210-220 przysiadać :).

Wszystko ruszyło z kopyta. Dieta trzymana, treningi z moją drugą połówką wykonane na 110%. Aktualnie jeszcze sporo brakuje do głównych bojów aby je zaliczyć:
Siady -> 160/210
Martwy -> 260/300
Wycisk -> 150/185 (tutaj w aktualnym planie tego ćwiczenia nie obejmuje, więc za jakiś czas sprawdzę kolejne)

Ale będę przesuwał te granice.

KONIEC PODSUMOWANIA

Dodatkowo chciałbym się czymś z Wami podzielić. Jak widać wszystko układa się dobrze, stabilnie i powoli staram się osiągać to co sobie wytyczam. Zastanawiam się nad kolejnym wytyczonym przed sobą celem i czy go się w ogóle podjąć:

PRZEBACZENIE

Wszędzie wspomnienia, zdjęcia, miasto w którym żyję, przyjaciele, filmy, muzyka. Wszytko przynosi wspomnienia które niestety przynoszą dwie emocje: MIŁY SENTYMENT i SMUTEK, że nie mogę tego powspominać z szczęściem.
Czuję wewnętrzny niepokój który się nasila i mnie dominuje. Dodatkowo mam wyrzuty sumienia z powodu tego jak zakończył się mój poprzedni związek oraz, że żyję w aktualnym właśnie z tymi uczuciami. Czuję się jakbym krzywdził moją aktualną kobietę, bo nie uporałem się do końca z przeszłością.
Mija pół roku jak nie miałem żadnego kontaktu z moją byłą. Tak jak prosiła, nie dzwonię do niej, nie piszę, tak samo ona całkowicie się odcięła ode mnie pozbywając się jakichkolwiek powiązań czy to na profilach społecznościowych czy miejscowych (wyjazd za granicę). Nie mam pojęcia jak się czuje aktualnie, ale jestem w stanie skleić kilka swoich spostrzeżeń i chłodno je tutaj opisać:

-> Jest nadal zazdrosna lub chce usilnie pokazać, że świetnie sobie radzi po rozstaniu. Wnioskuje to po informacjach jakie otrzymałem, że na udostępnione przeze mnie zdjęcie na profilu społecznościowym zareagowała dodaniem o identycznej tematyce na swoim tego samego dnia. Osobiście nie jestem w stanie tego ujrzeć bo prawdopodobnie po blokowała mnie odpowiednio :) jednak ona moje zapewne widuje na FB stąd ta reakcja. Chłodno oceniając: nic nadzwyczajnego, typowa reakcja ludzi młodych, dodatkowo zaborczych.
-> Ta cała zagrywka z całkowitym odcięciem się. Sugeruje jej postawę życiową i kwestię walki o swoje. Jest mocno nastawiona na "swoje ja". Zawsze taka była i nie miała czasu na ceregiele czy jakiekolwiek ukazywanie uczuć słabości. Oczywiście jest to maska, nabyta poprzez odczytywanie relacji męsko->damskich z strony matki, gdzie walka o związek nie istnieje. Istnieje natomiast walka o swoje dobre samopoczucie i stabilny fundament życiowo-finansowy. Choćby wewnątrz była złamana, to "na zewnątrz" w ciągu 2 dni usunie wszystko co łączyło ją z byłą przyjaźnią/miłością, będzie opowiadać o braku wzruszenia odpowiednio powtarzając sobie i otoczeniu, że to wina strony przeciwnej. Szybko znajdzie kolejnego partnera, szybko ulokuje się w spokojnym miejscu. Chłodno oceniając: Zwykłe podejście realistyczne do świata, bez ceregieli i z nastawieniem "utrzymania" siebie na wodzie. Kwestia egoistycznego podejścia do życia? Zapewne też, rzutuje też to na fakt oceniania takiej osoby jako dobrego partnera życiowego.
-> Jej nowego partnera okazało się, że znam. I ona też dobrze o tym wie. Jest to człowiek który nigdy u mnie szacunku nie miał i mieć nie będzie ponieważ jest fałszywcem, który kiedyś zrobił mi krzywdę w życiu. I ciężko mi w to uwierzyć, że w takie coś "poszła". Rozumiem, tonący brzytwy się chwyta, ale zastanawia mnie dlaczego zeszła do takiego poziomu. Serio, znam tego człowieka, mało inteligenty, w głowie wizja zostania "raperem", CAŁKOWICIE "łatwy życiowo" bez ambicji czy to w edukacji czy pasji. Chłodno oceniając: tutaj jest multum opcji do wyboru, od kwestii, że najłatwiej było jej się związać z taką prosta osobę i przekonać ją do siebie. Tym samym szybko wyszła z domu (patologicznego z matką alkoholiczką) do którego wróciła po rozstaniu ze mną. Może trochę w tym przekory wobec mojej osoby. A może ma dość i oczekuje prostoty w związku i liczy, że taka osoba będzie ją darzyć uczuciem bez wymagań.

Tak naprawdę wiem, że to swoista mieszanka wszystkich tych podpunktów. Ona po prostu myśli zawsze o sobie, nie bawi się w ceregiele i "leci" przez życie dalej. Nie nazwałbym tego przeżywaniem życia tylko lotem, bo bazuje na prostych odczuciach bez przemyśleń. Taka już jest. Do tego aktualny partner bez wymagań bo i może ona nigdy takowych nie miała? I teraz właśnie ten poziom niżej jej odpowiada. Plus dodatkowo tak jak ja, pewnie walczy dalej z sentymentem, tylko, że w dość bojowy sposób gdzie ja rozmyślam jak tu pogodzić się z życiem i sumieniem przy okazji nie tracić 5 lat życia i być z nimi szczęśliwy (a nie wracając do nich czuć smutek i porażkę), ona rzuca je w nicość bo tak po prostu łatwiej.
Moje przemyślenia ostatnich dni kończą się chęcią skontaktowania z jej bliską osobą, wspólną znajomą i po prostu o wypytanie jak się jej wiedzie w życiu. Obiecałem, że dam jej szansę zapomnieć i personalnie nie chciałbym tej przysięgi łamać. Ale iskrzy się we mnie chęć drobnego kontaktu, może przekazałaby jej moje chęci "porozumienia". Nie wiem co we mnie siedzi (to pierwsze moje życiowe rozstanie), ale nie chce tego uczucia. Liczę, że nie jest to żal za jej osobą, a chęć kajania się i usłyszenia, że mi wybacza. Chęć usłyszenia, że te 5 lat życia coś i dla niej znaczyły i nie zapomni ich z gniewem do mojej osoby. Tak żałuję, jak to zakończyłem wiem, że nie jestem sam jeden winny: Ale to ja jestem mężczyzną, a zachowałem się wtedy jak "PIZ$A". Jeżeli mam być szczęśliwy muszę się z tym uporać i zrozumieć co we mnie siedzi.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: tost67 w Wrzesień 26, 2017, 11:08:41
Z wielką przyjemnością czytam Twój pamiętnik.
Ogólnie wniosek jest taki, że los jest nieprzewidywalny.
Życzę Ci jeszcze więcej motywacji i siły do działania,
bo tego nigdy za wiele ;)
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 26, 2017, 11:30:26
Z wielką przyjemnością czytam Twój pamiętnik.
Ogólnie wniosek jest taki, że los jest nieprzewidywalny.
Życzę Ci jeszcze więcej motywacji i siły do działania,
bo tego nigdy za wiele ;)

Oj to prawda, dodatkowo wszystko da się przekuć na coś pozytywnego, byleby tylko słuchać swojego sumienia i działać ze sobą w zgodzie... i ten ostatni "człon" jest teraz dla mnie najważniejszy :) Czas tylko zrozumieć co się w człowieku dzieje i za tym podążać aby być szczęśliwym :).
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 26, 2017, 12:14:49
Uzupełnię odgórny wpis po przemyśleniach (widocznie zapisanie tego wszystkiego pomogło coś poukładać):

I mimo, że przez wiele lat cierpiałem przez tą drugą stronę, to jednak mam do siebie żal, że tego felernego dnia nie byłem człowiekiem którym chce się stać.

Jeżeli zależy mi na szczęśliwym życiu, muszę się z tym uporać, i póki nie będę miał świadomości i w mojej głowie nie zakiełkuje myśl, że zrobiłem wszystko aby wymazać tą plamę ze swojego życia: będę się z tym dręczył jeszcze wiele lat. Muszę mieć otwarty umysł i serce inaczej zniweczę miłość którą obdarowała mnie moja kobieta, a nie chcę tego tracić. Jedynie dobre nastawienie i czyste intencje, to mnie poratuje w aktualnym stanie.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Wrzesień 27, 2017, 19:56:12
LOS JEST NIEPRZEWIDYWALNY!

Co to była za chwila... serio jak tu nie wierzyć w jakąś siłę "ponad" nami?
Tak jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zadręczać się nie mogę, kochać w pełni też póki jestem rozdarty... więc czas się z tym uporać i odnaleźć szczęście, rozwiązać to co mnie dusi. Aktualnie stawiam na spowiedź, zadośćuczynienie i przebaczenie. Muszę być szczery wobec siebie i ludzi mnie otaczających, aby w pełni zrozumieć siebie samego.
Zadzwoniłem do bliskiej osoby mojej byłej (kuzynka) z którą utrzymują na 100% kontakt. Rozmowa była treściwa, przekazałem wprost, że nie mam pojęcia co się dzieje u niej tak od prawdziwej strony i czy mogłaby opowiedzieć jak się jej toczy. Usłyszałem same pozytywy, w superlatywach przedstawiony jej aktualny partner, aktualne życie. Nie jestem głupi, i wiedziałem, że sporo z tego było naciągane... jak to w rodzinnych przekazach :). Ważne natomiast, że nie czułem przy tym żadnych negatywnych emocji, nie kuło to mojego serca, a i trochę uśmiechnąłem się na fakt, że rzeczywiście nawet jak połowa z tego jest "koloryzowana" to jest jej przynajmniej w życiu "dobrze". Rozmowa zakończona, ja uspokojony. Mydlić oczu nikomu moim tekstem zamiaru nie mam :), oczywiście, że zrobiłem to po to aby informacja o tym dotarła dalej. Chciałbym aby był to jeden z kroków do jako takiego "pojednania".

I co wyprawia los? Dosłownie godzinę później kontaktuje się ze mną facet (okazuje się, że były) owej kuzynki :D
No bez jaj? Na początku myślałem, że usłyszał tą rozmowę... ale to było nie możliwe, bo on już dawno w innym mieście mieszka, ponieważ owa kuzynka go zdradzała.

Chciał pogadać, i się pożalić, znaliśmy się w sumie dość dobrze jakiś rok na pewno, łączyły nas spotkania rodzinne naszych byłych partnerek. Ogólnie geny to te kobiety w całej rodzinie mają podobne: alkohol, upartość, egoizm i agresja... tylko tutaj się okazuje, że ta agresywna nie była ale za to lubi zdradzać mężczyzn (to chyba był jej 3 partner którego zdradziła i się rozstała %)).
Jako, że natrafiła się okazja musiałem też zweryfikować pewne informację. I zapytałem go o to samo: czy ma kontakt z moją byłą i poznał jej aktualne życie. Opowiedział mi historię z wspólnego wypadu w 4, do jakiegoś klubu. Główny wątek: notoryczne kłótnie mojej byłej z jej aktualnym partnerem... i to co znam bardzo dobrze: "niby to nie jego wina, ale ona w sumie nie odpuszczała, każde się kłóciło, a następnie bardzo kochało i ponownie patologiczne kłótnie i wyzwiska".

Przypomniało mi się, co w życiu przeżywałem, jak te 5 lat było codziennie przerywane takimi wstawkami. Aż się pod nosem uśmiechnąłem, nie z przekąsem, raczej coś z serii "Ach, ona to się nigdy nie zmieni". I tutaj obecnie można postawić przecinek, resztę historii dopowiem jeżeli "kula" się rozpędzi i nazbiera jakich dodatkowych opowiastek do przekazania :).

Czas też postawić sobie kolejne cele na zbliżający się miesiąc tym razem "lecimy" tak :):

-> Rodzinnie
1. Pierwszego listopada doprowadzić do wspólnego wypadu całej rodziny w strony mojej mamy. Koniecznie zabrać moją dziewczynę z nami :). Zadeklarowała się, że jest bardzo chętna. Ostatnio na rodzinnej imprezie ta strona bardzo dobrze ją przyjęła (mieli mniej kontaktu z moją byłą narzeczoną i chłodno patrzyli na jej "wybryki" przez te 5 lat), a serce mi się ratuje jak widzę kiedy dostrzegają jej dobro i szczere intencje.
2. Czas na jesienny spokój, więc i trochę w domu warto po przebywać :). W tym miesiącu koniecznie zorganizować przynajmniej jeden wspólny wypad moich rodziców i naszej dwójki gdziekolwiek oraz stawiam nadal na mocny powrót dobrych relacji z siostrą (utrzymanie poziomu po wakacjach) i odwiedzić ją na jakiejś solidnej imprezie :).

-> Życiowo
1. Skupić się na etapie ułożenia swojego wewnętrznego ja i szczerości wobec najbliższych.
2. Koniecznie jak w tym miesiącu (daj Bóg :)) odbiorę dokumenty z akceptacji podziału działki, ruszyć machiną tak aby jeszcze w listopadzie wyrwać wszystkie krzaki z działki i wyrównać teren.
3. Przynajmniej wykrzesać z miesiąca październik, 3 pełne dni wolnego całkowicie bez telefonów, e-maili, konsultacji i przeznaczyć je dla mojej kobiety :), zorganizować w tym czasie czas jak najbardziej przez nas lubiany: solidny trening, dobre jedzenie i pełny relaks. Z dala od wścibskich oczów rodzinnych ;) i pochłaniającego oddechu "życia biznesowego". Oczywiście resztę dni również spędzimy ze sobą, ale tutaj chciałbym całkowitej separacji tylko dla nas bez stresów dnia codziennego.

-> Biznesowo
1. Całe szczęście wszytko idzie powolutku dobrze, więc na ten moment stawiam sobie za cel: przekonanie tej pozostawionej siłowni do współpracy :)
2. Dodatkowo czas ogarnąć wszystkie 4 auta (w tym prywatne) na tip top z mechanikiem. Wiem, że pójdzie to pewnie w jednorazowe koszta rzędu 8-10 tys. ale jestem gotowy :) dosyć stresów w tym zakresie.

-> Pasja
1. Nic się nie zmienia: dieta i notoryczny trening z przełamywaniem granic.
2. Chciałbym zacząć wrócić do pisania artykułów, ale najpierw powrót do edukacji na własną rękę (od 6 miesięcy nic z tym nie robię) i uzupełnianiu wiedzy: tym razem stawiam na literaturę.
3. Kusi mnie na 1 trening w tygodniu wykonany na własne potrzeby :), myślałem o powrocie do sztuk walki tak rekreacynie. Zobaczymy :)

-> Przebaczenie
1. Nowy podpunkt, jeszcze nic nie zakładam i może się tu przez wiele miesięcy nic nie zmienić. Cieszę się z faktu opisanego wyżej (aktualnego dość stabilnego życia mojej byłej narzeczonej) i mam nadzieję, że jakoś będzie nam dane ożywić kontakt przynajmniej na stopie "wymiany uprzejmości i lakonicznych informacji". Cel główny znany: wybaczenie... tylko jeszcze nie wiem czy sam muszę sobie wybaczyć, czy też czekam na wybaczenie z tej drugiej strony.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Październik 10, 2017, 13:32:48
AKTUALIZACJA

-> Przebaczenie
Cytuj
1. Nowy podpunkt, jeszcze nic nie zakładam i może się tu przez wiele miesięcy nic nie zmienić. Cieszę się z faktu opisanego wyżej (aktualnego dość stabilnego życia mojej byłej narzeczonej) i mam nadzieję, że jakoś będzie nam dane ożywić kontakt przynajmniej na stopie "wymiany uprzejmości i lakonicznych informacji". Cel główny znany: wybaczenie... tylko jeszcze nie wiem czy sam muszę sobie wybaczyć, czy też czekam na wybaczenie z tej drugiej strony.

Szalone... trochę mi się zwariowało w ostatnim okresie :) i po tych wpisach odgórnych zacząłem dążyć do owego kontaktu. To potoczyło za sobą "kulę" zdarzeń które pozwoliły mi na chwilę oddechu z swoim sumieniem. Do dziś.
Przede wszystkim po nieudanych próbach, kontaktu z byłą narzeczoną poprzez jej rodzinę: poprosiłem o to moją, mianowicie moją siostrę. Było to kilka dni temu, kiedy zacząłem trochę się sypać sam w sobie, gubiąc w swoich złych myślach na temat tego co czuło moje smutne serce i sumienie. Ta myśl: "Chęci wypowiedzenia słów, przepraszam, proszę o przebaczenie..." wpłynęła na mnie mocno i uznałem, że muszę takową odbyć. Siostra wysłana "na zwiady" zrobiła to na medal, jestem wdzięczny za to, że jest i potrafi na to spojrzeć chłodno i jednocześnie z miłością siostrzaną.

Przekazała mi jak potoczyła się ich rozmowa telefoniczna z serii: "Hej co u Ciebie słychać", i w momencie jak już na pewno miała świadomość, że są same bez aktualnych partnerów "obok", wypytała wprost o moją osobę. Dużo by przytaczać, pokrótce: Nie chce tej rozmowy bo nadal do mnie dużo czuje, a stara sobie posklejać życie w całość...

Kurczę pisałem to tu, już tyle razy sam sobie na to odpowiadając, jednak kiedy usłyszałem to od mojej siostry, wewnętrznie poczułem gniew. Na co? Chyba na fakt braku szansy tej rozmowy, i w tym momencie doszło do mnie, że nie walczę o żadne przebaczenie tylko odzywa się we mnie smutek i żal. Walka o fakt kontaktu, aby ją usłyszeć i może odpowiedzieć sobie na pytanie: Co ja w życiu robię, co mam robić i co czuć (a raczej do kogo)?
Bardzo samolubne wręcz egoistyczne podejście. Na te kilka minut, poczułem olbrzymi ból. Rozpłakałem się jak dziecko, sam ze sobą, kiedy to doszło do mojej głowy. Powtarzałem, że zmarnowałem 5 lat życia, powtarzałem, że straciłem wszystko i straciłem ją, zadałem tyle bólu, że już nigdy nie będzie dane mi jej nawet zobaczyć. Rozpłakałem jak dziecko...
I jakby spojrzeć chłodno, to zrobiłem sobie powtórkę z rozrywki. Już to czytaliśmy tam kilka postów wyżej, kilka miesięcy wstecz... Jednak tym razem nie oddałem się samemu sobie. Kiedy uspokoiłem się zacząłem analizować: SAM SOBIE Z TYM NIE PORADZISZ. Zadzwoniłem do mojej siostry i pierwszy raz odpowiedziałem całą moją historię, znalazłem miejsce nawet na opis tego co tutaj robię :). Rozmawiałem też w końcu na temat tego co mnie gryzie z dziewczyną. Na temat tego żalu i chęci kontaktu (cięzka to była rozmowa i bolesna dla dwóch stron, ale było warto).

Pierwszy raz w życiu, otworzyłem się przed kimś i powiedziałem wszystko to co zrobiłem, i myślałem. I to komuś bliskiemu, co mnie znał. To była najlepsza decyzja w życiu. Siostra podparła mnie na duchu, podpowiedziała. Sama była po ciężkim rozstaniu, i jakoś od 2 lat świetnie sobie radzi w życiu. Kiedy całe te bagno ze mnie wyszło, kiedy to w końcu przestałem prowadzić prywatne nomologii i doszło do rozmowy na ten temat, i mimo to, że nie była to oczekiwana osoba, a jedynie moja siostra... poczułem ulgę. Otrzymałem kilka ciętych uwag, które z początku raniły, potem jednak dawały jasno spojrzeć na sytuację. Wewnętrznie dochodziłem sam ze sobą do konsensusu i postanowiłem wymazać przeszłość. Nie myśleć, nie mieć smutku, nie mieć żalu... dodatkowo poczułem silne uczucie od słów mojej kobiet, która dała mi dobitnie znać, że kocha mnie i nie chce stracić. Wielki błąd życiowy który doprowadził mnie do tego czasu i miejsca, musi w końcu zostać przekuty na coś radosnego. Poczułem, że zaczyna się tlić we mnie nadzieja na "samo-przebaczenie" i nadzieja na normalne SZCZERE życia z nową kobietą (w szczerości z swoim sercem).

I dziś, zderzenie z rzeczywistością. Stało się "wyczekiwane". Te próby kontaktu, docierały do mojej byłej, te próby były przez nią rozpoznawane. Wygląda na to, że nie miała szans nawiązać ze mną rozmowy ze względu na jej otoczenie i brak intymności. Kiedy zobaczyłem ten numer telefonu, kiedy to doszło do mnie kto dzwoni... Przeraziłem się, od kilku dni zacząłem przyjmować postawę w której to radzę sobie z swoją przeszłością, akceptuję ją i chcę zadośćuczynić jak nie osobie którą skrzywdziłem, to przynajmniej światu. Zdezorientowany odebrałem. I pierwsze co zrobiłem to początkowe otwarcie z serii "Cześć, co tam?" szybko skontrowałem informacją, że skoro jest to jedyna szansa na normalną rozmowę, czas zdjąć całkowicie maski i być ze sobą szczerym.
Ciężko opisać co sobie przekazaliśmy, najważniejsze informację: każdy z nas cierpi, każdy z nas nie akceptuje poniekąd rzeczywistości z tym bagażem. Wszystkie moje przemyślenia widoczne tutaj były prawidłowe i ona miała takie same. Każdy z nas żałuje tego co zrobił i tego, że zaczęliśmy się wzajemnie oddalać znacznie wcześniej. Usłyszałem kilka wrzut które mi się należały, usłyszałem przede wszystkim słowa PRZEBACZENIA.

I wiecie co? Słowa przebaczenia od osoby która nadal Cię kocha, są czymś w rodzaju oddania bólu. Oddała mi swój ból, związany z poczuciem ignorowania mnie i unikania. Przekazała: Łukasz wybaczam Ci, bo nie chcę mięć w sercu do Ciebie ani żalu, ani gniewu, szczególnie, że tak wiele nas łączyło i nadal czujemy tak wiele.
Kiedy dochodzi do Twojej głowy, że wszystko zależy od Twojej akceptacji rzeczywistości i radzenia sobie "sam ze sobą", takie słowa nie przynoszą ulgi. Przynoszą dodatkowe kilogramy bagażu zwanego szarą i smutną rzeczywistością, które musisz dźwigać dalej sam. Nie możesz jak tchórz uciec w gniewie do drugiej ze stron, nie możesz uznać "starałem się ale nie wyszło". Tak naprawdę, nigdy nie chciałem żadnej z tych opcji. Zależało mi na tym aby porozmawiać i wypowiedzieć słowa "wybacz, żałuję" z osobą z którą przeżyłem 5 lat.
Stało się. Co czuję teraz: poniekąd zagubienie. Walczą we mnie dwie postawy, jedna która wykiełkowała we mnie po rozmowach z siostrą, i druga która odzywa się aktualnie, po rozmowie z byłą narzeczoną. Pierwsza każę iść dalej, w przód wierząc, że to wszystko ma ens i doprowadza mnie do czegoś dobrego. Druga, krzyczy, że tam w świecie istnieje skrzywdzona osoba przez Ciebie, która nadal Cię kocha.

Na zakończenie dzisiejszych wypocin :) dodam, że rozmowa zakończyła się w dobrym tonie, z miłym akcentem. Nie sugerowała, że to już koniec jakiegokolwiek kontaktu. Było kilka kwestii zastanawiających, mianowicie prosiła mnie o zachowanie tego dla siebie (nie przekazywanie aktualnej partnerce) oraz kwestia tego, że zapytana o szczerość w układaniu swojego aktualnego życia jest niezadowolona. Niestety ale te kilka lat na sztuce uwodzenia zapaliły mi czerwoną lampkę, i pokazały, że po prostu może zasłużyłem na owy kontakt, bo aktualny jej partner i związek robi się całkowicie nieakceptowalny i przyszły myśli o odratowaniu sytuacji i mało w tym kwestii uczuciowej, co bardziej materialnej?
Zobaczymy, odezwę się za kilka dni i zobaczę jakie przemyślenia się we mnie wykiełkują, na dziś jestem totalnie zdezorientowany.

Ważne też, że nie ukrywałem tego tak jak oczekiwała. Dość bycia sam ze sobą, w potrzasku żalu. Nie dałem się też poniekąd zapętlić w jakąś falę intrygi. Opowiedziałem wszystko mojej aktualnej partnerce. Rozmowa przebiegła dość intensywnie (inaczej się nie spodziewałem) ze względu na fakt odczuwanej zazdrości z jej strony (jak najbardziej słusznej :)). Chcę być z nią szczery, bo nie chcę kontynuować poprzedniego życia i strachu "otwartości" aby nie doprowadzać do wybuchowych reakcji (jej wybuchowość, w porównaniu do mojej byłej to jak w skali 1:10 :D). Przede wszystkim utwierdziłem ją w tym, że mimo tej rozmowy naprawdę o niej myślałem, i dałem odczuć tej drugiej stronie, że w moim życiu jest wartościowa osoba (bo tak było).

Podsumowując:
1. Brak chęci kontaktu pozwolił mi się przełamać, pękłem, wykrzyczałem z siebie żal, dałem usłyszeć go innym. Wypuściłem w końcu coś z siebie, tak aby ktoś mógł to skomentować. Odczułem ulgę, jakby wracał sens życia.
2. Otrzymałem szansę rozmowy, której już nie potrzebowałem. Nie naruszyła ona mojego postanowienia sklejania sobie życia na nowo, jednak na ten moment przyniosła wewnętrzne zdezorientowanie: jest tam w świecie osoba która mnie kocha, jednak życie z nią było kilkuletnim dążeniem do nicości. Czuję jej smutek i żal. Tutaj iskrzy się nadzieja na prawdziwe życie w dojrzałym związku pełnym uczuć i miłości. I pomiędzy tym wszystkim ja, nadal za słaby aby zabić w sobie całkowicie te uczucia z "przeszłości".

Zobaczymy co przyniosą kolejne dni.
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Październik 18, 2017, 21:16:52
Mijają kolejne dni, każdy z nich stał pod znakiem: PROGRESU. W każdej materii osiągnąłem mały sukces sportowy, biznesowy, pracowniczy, kierowniczy, związkowy, a i nawet wypoczynkowy. Mimo tego nadal mam w sobie smutek.

Kurczę mam chwilę dobrego samopoczucia, jednak jak pójdzie coś w złym kierunku lub natknę się na coś z przeszłości: mam nawrót smutku. Tak bardzo tego nie chcę, ale podświadomie sam się torturuję. Ostatnio tak mocno zamyśliłem się w przeszłość w momencie kiedy prowadząc auto (mocno zmęczony) usłyszałem piosenkę (związaną z moją przeszłością), że przez przypadek do mojej dziewczyny odezwałem się w imieniu mojej byłej... to powoduje serię zdarzeń, które dają mi kopa do działania nad sobą (np. smutek mojej ukochanej), ale mija kilka dni w dobrym samopoczuciu i smutek wraca.

O czym myślę? O tym co zawsze: o zmarnowanych latach, dlaczego tak się potoczyło, w których momentach to ja zepsułem. Potem przychodzi myśl, że już nigdy nie będzie mi dane normalnie porozmawiać z moją byłą narzeczoną i ogarnia mnie olbrzymi smutek. Eldo w jednym z swoich utworów przekazał "kiedyś bliscy, teraz obcy sobie ludzie, trudno tak miało być... nie mam złudzeń". I jak w życiu bym nie traktował hip hopowca jako mojego "wieszcza" życiowego, tak ten wers z młodych lat utkwił mi w głowie: i krzyczę do siebie, TAK MIAŁO BYĆ, NIE MIEJ ZŁUDZEŃ. I cholera to nic nie daje. Zaczynam na nowo chcieć mieć z nią kontakt, i walczyć z myślami nad tym: A może po prostu napiszę, co tam u Ciebie... tak długo się nie odzywamy...

Boję się, bo nie wiem co we mnie nadal tkwi. Jestem rozbity uczuciowo, bo czuję coś do przeszłości i czuję coś do teraźniejszości. A strach? Wynika z faktu, że racjonalizm podpowiada mi wiele rzeczy:
1. Tęsknisz do toksycznej przeszłości, bo toksyczne związki uzależniają.
2. Tęsknisz do czegoś, z czym nie masz kontaktu... w momencie kontaktu na nowo byś się zatruł i to odtrącił.
3. Smucisz się na myśl cierpienia byłej, bliskiej Ci osoby z nadzieją, że po drugiej stronie jest to samo... jest to ułuda.

Dodatkowo te poczucie winny wobec zakochanej we mnie, mojej aktualnej partnerce. Uwierzcie, że też do niej dużo czuję, ba są momenty, że myślę o niej tak intensywnie, aż raduje mi się serce. Ale kiedy przychodzi opisany "pochmurny dzień" sumienie nie daje mi spokoju, bo czuję, że ją "zdradzam" i nie jestem lojalny. Patrząc na swoją twarz, wyżywam się na sobie za to co robię, ustawiam do pionu prosząc wręcz abym przestał myśleć. Nic to nie daje.

Przypominam sobie tak wiele chwil, kiedy to przez 5 lat mojego byłego życia kilka razy chciałem je przerwać i zostawić toksyczne relacje za sobą. I to też daje mi "do myślenia": Chłopie, ludzie nawet z forum dawali Ci znać: uciekaj bo siądziesz psychicznie, a ty zostałeś... to masz odpowiedź".
Jednak iskra wątpliwości nadal się we mnie tli i szepcze: A może, to co zostawiłeś było dobre, i mimo całych nieszczęść, tak naprawdę sprawiało Ci radość i to była prawdziwa miłość?
Ehhh serio? Prawdziwa miłość, bez akceptacji, poszanowania, wspólnych pasji i celów życiowych?

Przydałby się ktoś kto mi odpowie na te wszystkie wątpliwości i rozwiąże zagadkę, co mam zrobić aby poczuć szczęście w pełni. Jakaś dobra dusza, co poklepie i zrozumie mnie w pełni, sklejając te moje myśli i przeczucia w jednolitą całość.

Może fakt posiadania wszystkiego nie daje mi racjonalnie spojrzeć w lustro i zrozumieć dokąd dążę?
Tytuł: Odp: Ból przemija, chwała trwa wiecznie...
Wiadomość wysłana przez: Lucjusz w Październik 20, 2017, 10:00:41
Mijają kolejne dni, i kolejne przemyślenia. Troszkę przeanalizowałem swój przypadek od strony biochemicznej organizmu, i wygląda na to, że wpływ na postrzeganie świata mają też moje aktualne przygotowania do zawodów. W momentach krytycznych czyli ~4 dnia treningowego, kiedy przychodzi największe zmęczenie fizyczne i głód żywieniowy, mam skoki (na 100%) prolaktyny i kortyzolu. Są to hormony psujące nastrój, rozdrażniające, ale i jednocześnie "de-motywujące" jeżeli ich stężenie w organizmie rośnie znacząco.

Nie zmienia to jednak faktu, że zamiast o tym, że np. coś się złego dzieje w moim otoczeniu i to wyolbrzymiać... potęguje smutek związany z moją przeszłością. Czyli wybieram coś, co jednak wewnętrznie mnie męczy i to uzewnętrzniam.
Po czasie 2 dni odpoczynku kiedy to następuje okres doładowania kcal i baterii poprzez sen, sytuacja się stabilizuje i aż tak źle się nie czuję (choć trochę mnie tam serducho szczypie ;)).

Prawie dwa tygodnie od ostatniej rozmowy z byłą narzeczoną, dały mi kilka też chłodnych osądów. Przede wszystkim:
"Kontakt z nią nikomu nie pomaga". Analiza:
-> Ja zamyślony, rozbity, ponownie żyjący w przeszłości. Smutek przelewałem na otoczenie, w tym i najbliższych.
-> Najbliżsi cierpią, bo widzą co się ze mną dzieje, a najbardziej odczuwa to moja aktualna partnerka, powoduje to między nami konflikty w relacjach.
-> Po drugiej stronie, moja była, która po tej rozmowie ewidentnie miała kryzys (emocjonalne wpisy, kontakt z matką i informowanie jej o złym samopoczuciu i braku chęci trwania w aktualnym związku, chęci powrotu do domu).

I ta kalkulacja blokuje mnie przed egoistycznym podejściem do tego wszystkiego i chęci nawiązywania kontaktów... wewnętrznie wiem, że robię dobrze, choć wcale się tak nie czuję. Doświadczenie życiowe i racjonalizm mówi mi wprost: to tylko walka z przyzwyczajeniem do toksycznego związku. Jesteś otoczony miłością i dobrem, więc spokojnie to wszystko minie i zobaczysz w jakim bagnie żyłeś... bez tych różowych okularów które teraz nosisz na sobie. To Twoje pierwsze prawdziwe rozstanie, pierwsze prawdziwe odcięcie się od czegoś co kochałeś, ale nie było dla Ciebie dobre. Stąd tak wiele długich emocji.
Powtarzam to sobie i powtarzam, jednak czuję to jedynie w niewielkim procencie.

Aktualnie, czuję, jakbym nie miał celu w życiu, jakbym stracił pasję.